DSC_4889aaa

Cukier chciałem pożyczyć, czyli o relacjach międzysąsiedzkich

03.03.2015

Tagi: Ochota, Praga, ruch społeczny, sąsiedzi,

Kiedy ostatnio zapukaliście po coś do sąsiada? Kojarzycie chociaż z widzenia wszystkich mieszkańców waszego bloku? Zapewne nie. Są jednak w Warszawie ludzie, którzy chcieliby wzmocnić relacje pomiędzy mieszkańcami. O tym jak to zrobić rozmawiamy z  Agatą Konarzewską z Q Ruch Sąsiedzki.

Hasło: ruch sąsiedzki. Tak jak w przypadku innych inicjatyw społecznych na początku ktoś musiał zauważyć problem. Co jest nie tak z nami sąsiadami?

Agata Konarzewska: Tak dokładnie było. Ruch sąsiedzki został zainicjowany w 2009 roku. Powołano go w odpowiedzi na znieczulicę i nieznośny stan anonimowości między mieszkańcami warszawskich bloków i osiedli. To nie jest tak, że brak głębszych kontaktów międzysąsiedzkich wszystkim się podoba. Znalazło się kilka osób, które chciały to zmienić.

Co leży u podstaw rozerwania więzi sąsiedzkich? Co strasznego się wydarzyło?

Musimy raczej mówić o długotrwałym procesie związanym z brakiem zaufania, który wywodzi się jeszcze z czasów Polski Ludowej. To nałożyło się na tragiczną historię Warszawy. Wojna i powstania sprawiły, że mało jest w mieście osób i wspólnot mieszkających tu „od zawsze”. Od końca lat 40. napłynęło do stolicy wielu nowych mieszkańców, trwała nieustanna odbudowa i przebudowa miasta. To nie sprzyjało trwałym relacjom. Nie sprzyjały im też ogromne blokowiska i teraz bardzo modne zamknięte osiedla. W ostatnich latach doszły jeszcze przemiany społeczno-gospodarcze. Wielu skoncentrowało się na pracy i zapewnieniu sobie dobrobytu. Przestaliśmy zwracać uwagę na sąsiadów.

Oczywiście normalnym jest to, że ludzie się przeprowadzają, zmieniają miejsca i nie w każdym są gotowi zakorzenić się na dłużej. To naturalne, ale my przy tych zmianach nie mamy nawyku poznawania sąsiadów. Czasami nawet nie witamy ich na klatce. Ruch miałby być odpowiedzią na ten problem. Nie chodzi o to, żeby od razu przyjaźnić się ze wszystkimi, ale o to, żeby na sąsiada zwrócić uwagę. Powiedzieć mu „dzień dobry”, zorganizować wspólną inicjatywę, nauczyć się współpracy i dbania o wspólną przestrzeń.

Rozumiem, że wasze działania ukierunkowane są na małe, lokalne społeczności, a nie na całe miasta?

Tak. Mechanizm ruchu polega na tym, że my w stowarzyszeniu Centrum Wspierania Aktywności Lokalnej „Cal” realizujemy projekt, który skierowany jest przede wszystkim do liderów sąsiedzkich. Organizujemy spotkania, seminaria, warsztaty, a same inicjatywy realizują mieszkańcy, którzy są sąsiadami. Tworzy się sieć, której jesteśmy centrum – jeśli jest taka potrzeba dajemy miejsce do spotkań, pomagamy się zorganizować, uczymy, jak lokalne pomysły wprowadzić w życie.

Jak to wygląda w praktyce?

Mamy dwie duże akcje „Dzień sąsiada” i „Podwórkową gwiazdkę”. Są to nagłaśniane przez nas wydarzenia, które obejmują całe miasto, ale realizowane są przez konkretne wspólnoty sąsiedzkie. Jednocząca jest data i chęć do działania. Na każdym osiedlu program takiego dnia wygląda inaczej, w zależności od potrzeb i tego co zostanie lokalnie wymyślone. Promujemy metodę bazowania na istniejących zasobach. W każdej okolicy można znaleźć skwer, właściciela sklepu czy artystycznie uzdolnionego sąsiada, którego uda się w działania wciągnąć. Mając kilka takich osób można już pomyśleć o ożywieniu jakiegoś miejsca. Jedna osoba zaproponuje rośliny, które będą razem ładnie wyglądać, inna lub grupa innych osób sfinansuje sadzonki i już razem można kawałek przestrzeni poprawić. Przy okazji powinno się do działania udać włączyć kolejnych sąsiadów. Każda inicjatywa może być dobrym pretekstem do zrobienia czegoś razem.

Na Pradze Południe na ul. Siennickiej sąsiedzi zrewitalizowali w ten sposób kawałek podwórka. Polegało to na tym, że przekopali ogródek, posadzili kwiaty i ustawili płotki. Wspólnymi siłami odnowili kawałek osiedlowej przestrzeni.

Jak wygląda wasze zaangażowanie?

Na początku, w 2009 roku, trzeba było znaleźć ludzi, którzy będą chcieli coś zrobić w swoim sąsiedztwie. To się udało i z czasem przestało być problemem. Sama idea zrobiła się na tyle nośna, że zaczęli się zgłaszać ludzie, którzy chcą coś zrobić.  Pojawiło się też wiele nowych okazji zachęcających do takich działań. Najlepszym przykładem jest budżet partycypacyjny oraz inicjatywy lokalne, które bardzo zaktywizowały mieszkańców stolicy.

My każdemu staramy się pomóc. Pokazujemy jak zrobić ten pierwszy krok, jak dotrzeć do sąsiadów. Czasami okazuje się, że największą barierą jest przejście się po klatce i zapukanie do obcych drzwi. Później jest łatwiej. Staramy się też nagłaśniać takie lokalne działania, żeby przykładami zachęcić innych do działania.

Prowadzimy cykl szkoleniowy pt. „Akademia inicjatyw sąsiedzkich”, w ramach którego odbywa się 7 spotkań trwających po ok. 5 godzin. To jest propozycja do osób zmotywowanych do systematycznego działania, do takich którzy mają już swój konkretny cel. Organizujemy też spotkania warsztatowe, na których podpowiadamy, jak wprowadzić w życie najprostsze inicjatywy.

Pomagamy we wskazaniu osób czy podmiotów, do których trzeba się zgłosić. Jeżeli mamy prężnie działającą wspólnotę mieszkaniową, można do nich pójść i powiedzieć – słuchajcie jest problem, zróbmy coś z tym. Spróbować przedstawić naszą koncepcję.  Czasami wystarczy po prostu skrzyknąć sąsiadów, żeby posprzątać śmieci na podwórku.

Wydaje się bardzo proste.

Tak, to są bardzo proste zajęcia, ale ludziom nie mieści się w głowach, że mogą zrobić coś sami, że mogą wziąć odpowiedzialność za otoczenie, w którym żyją. Przechodzą obok tego i myślą, co ja się będę przejmował, ja mam swój dom. Jesteśmy przyzwyczajeni do dbania o własne mieszkanie, ale nie o to, z czego korzysta więcej osób.

Wspomniałaś o budżecie partycypacyjnym oraz inicjatywach lokalnych.

Inicjatywa lokalna to jest narzędzie stworzone przez urząd miasta wychodząc naprzeciw mieszkańcom, by wspólnie zrealizować projekt na rzecz społeczności lokalnej. Jest to działanie sformalizowane, z własnym budżetem, wymagające pewnych procedur administracyjnych. Napisanie projektu do budżetu to jeszcze bardziej skomplikowane zadanie. W grę wchodzą zresztą o wiele większe pieniądze. Inicjatywy sąsiedzkie to coś zupełnie innego. Inna bajka. Mówimy o akcjach bazujących na zasobach mieszkańców, działaniach niegenerujących znaczących kosztów. Chodzi o bazowanie na kapitale społecznym i tworzenie sieci kontaktów. Takie poprowadzenie sprawy, żeby każdy coś samodzielnie dla wspólnoty zrobił. Jak chcemy zorganizować grilla przy trzepaku, to o wydruk plakatów możemy poprosić lokalny dom kultury, a o jedzenie lokalne sklepy. Każdy może zrobić ciasto w domu i je przynieść. To jest inicjatywa sąsiedzka. Przy takiej drobnej podwórkowej okazji może się okazać, że wielu osobom doskwierają te same problemy, że każdy chciałby coś zmienić. To doskonała okazja do poznania sąsiada i pomyślenia o większych projektach.

W jakiej części Warszawy inicjatywy sąsiedzkie się pojawiły? Daje się zauważyć jakieś prawidłowości?

Staramy się mieć wiedzę na temat wszystkiego, co dzieje się w mieście, jednak nie wszystkie drobne inicjatywy powstają w kontakcie z nami. I to bardzo dobrze.  Pierwsza była jednak Ochota. To tam w ramach aktywności prowadzonej przez klub Surma w roku 2008 odbyły się pierwsze działania sąsiedzkie na zasadach wolontariatu.  To tam działała także współzałożycielka ruchu sąsiedzkiego Grażyna Gnatowska.

Są dzielnice, w których mało się dzieje, do takich należą Ursynów, Białołęka, Bielany i Bemowo,  chociaż w tym ostatnim sytuacja powoli się zmienia. Nie znam szczegółowych badań na ten temat, ale mam prywatną hipotezę, że blokowiska sprzyjają poczuciu bezosobowości, anonimowości. Jest to w pewien sposób normalne, bo w gigantycznym bloku nie da się wszystkich poznać. Ludzie poruszają się na linii mieszkanie – winda – wyjście – samochód lub komunikacja miejska i to nie daje zbyt wielu okazji do poznania sąsiadów. W takich blokowiskach nikt nie zagląda do sąsiada po cukier, bo po zakupy wpada się do marketu w drodze z pracy. Na mniejszych osiedlach, czy w kamienicach ze studniami, które oczywiście mają swoje minusy, o kontakt z sąsiadem było o wiele łatwiej.

Co z powszechnie krytykowanymi zamkniętymi osiedlami?

Części osób wydaje się, że ludźmi, którzy chcą zamieszkać na zamkniętych osiedlach kieruje niechęć do kontaktów i strach. Tak się złożyło, że sama mieszkam na takim osiedlu. Gdy zdecydowałam się na zorganizowanie spotkania nie spodziewałam się zbyt wielu osób, a przyszło ich ponad 50, czyli bardzo dużo. Okazało się, że są bardzo do siebie podobni pod względami społeczno-gospodarczymi, a to sprzyja integracji.   Nie demonizowałabym więc zamkniętych osiedli. Każdy rodzaj budownictwa ma swoje plusy i minusy. Najgorsze są chyba wielkie i względnie samotne bloki, najłatwiej jest tam, gdzie mamy zabudowę jednorodzinną.

Jakie inicjatywy najlepiej sprawdzają się na blokowiskach?

Przede wszystkim pikniki integracyjne połączone z zabawami dla dzieci. Takie najprostsze o charakterze zapoznawczym. Dzień sąsiada polega na wystawieniu stołu na podwórku i skrzyknięciu kilku osób żeby przyniosły jakieś przekąski. Chodzi o stworzenie okazji do poznania sąsiadów i porozmawiania o czymkolwiek. Wiadomo, że nie każdy ma taką zapoznawczą potrzebę, ale dzięki temu, że pójdziemy na takie spotkanie możemy zobaczyć, jak wyglądają nasi sąsiedzi. Już to budzi poczucie bezpieczeństwa, bo po takim spotkaniu wiem, kto wchodzi do naszego bloku. Może nawet zaczniemy się z nimi witać.

Przez te najprostsze działania relacje się zacieśniają. Ludzie zaczynają zakorzeniać się w lokalnej społeczności, interesują się strefą wspólną. W miarę cementowania się tych więzi coraz więcej i coraz bardziej skomplikowanych działań jest możliwe. Stąd zresztą jest Q w nazwie naszego ruchu – to symbol sąsiedzkich więzi najwyższej jakości.

Wielu mieszkańcom takie działania kojarzą się jednak z pracami społecznymi rodem z PRL i świetlicami dla sąsiadów, jak na Alternatywy 4.

Tamte działania były jednak często organizowane pod pewnym przymusem, sformalizowane. Nam nie o to chodzi, żeby ludzi do czegoś przymuszać. Polska jest krajem, w którym mamy wiele do nadrobienie w tym zakresie.  W państwach skandynawskich nie jest niczym dziwnym, że sąsiedzi skrzykują się co niedziela, żeby przekopać ogródek czy skosić trawę. To jest dla nich naturalny element aktywności lokalnej. My mamy zupełnie inną kulturę opartą na braku umiejętności współpracy i zaufania. Myślimy, że jeśli ktoś chce z nami coś zrobić, to ma w tym swój ukryty partykularny cel. Jesteśmy zbyt podejrzliwi.

Wydaje mi się, że to powoli się zmienia?

To kwestia ostatnich kilku lat. Wzrosło zainteresowanie nie tylko współdziałaniem, ale przede wszystkim lokalnością. Powstają lokalne kluby i kawiarnie często oferujące lokalne czy regionalne produkty. Coraz więcej ludzi skrzykuje się, żeby dowozić na zmianę dzieci do szkoły. Rośnie zainteresowanie rzemiosłem, miejscowymi tradycjami czy zapomnianymi obiektami historycznymi. Możemy już chyba mówić o renesansie lokalności, ale to jest dopiero początek.

To kwestia nowego pokolenia?

W ruch sąsiedzki angażują się ludzie w różnym wieku, ale rzeczywiście najwięcej jest stosunkowo młodych. Najbardziej aktywni są chyba młodzi rodzice w wieku 30 lat, a szczególnie młode matki. Wynika to z tego, że to ciągle w większości kobiety wychowują dzieci i to one najwięcej we wspólnej przestrzeni przebywają. To one odwiedzają domy kultury w poszukiwaniu ciekawych zajęć dla dzieci, siedzą na placach zabaw, a poruszając się z wózkiem zmagają się z barierami architektonicznymi. Wspólne problemy zachęcają je do działań.

Chciałabyś, żeby było u nas jak na amerykańskich filmach, gdzie często można zobaczyć jak nowy sąsiad składa każdemu wizytę?

To jest genialna sprawa. Moja koleżanka, która przeprowadziła się niedawno na Żoliborz. Kupiła torbę krówek i przeszła się z nimi po sąsiadach. Wszyscy zareagowali bardzo dobrze. Przy okazji zapraszała na parapetówkę. Tak to powinno wyglądać. Jeśli na początku nie poznamy sąsiadów, nie zrobimy pierwszego kroku to później będzie tylko trudniej.