Olga Ślepowrońska

Czuj, czuj, czyli emocje na krańcu świata

14.01.2015

Tagi: mniejszości, ruch społeczny, teatr, wolontariat,

Podróże, pedagogika i wymiana są tym, co zajmuje ją najbardziej. Od 10 lat jeździ po świecie z warsztatami z edukacji emocjonalnej. Od 16 miesięcy – również ze swoim synem, Rochem. Jej najbliższa wyprawa staruje już w czwartek. Przez trzy miesiąc planuje objechać Meksyk, by promować tam m.in. warszawskie legendy.

Czuj, czuj to twój projekt, z którym wyjeżdżasz do Meksyku. Na czym on właściwie polega?

Olga Ślepowrońska: Podróżujemy po świecie z warsztatami dla dzieci, rozmawiając o emocjach. Każdy je czuje niezależnie od tego, z jakiego krańca globu pochodzi. Co więcej, wyrażamy je również w podobny sposób. Pracujemy głównie z narodami, które nie mają swojego państwa, jak Romowie, Kurdowie, Czeczeńcy i przedstawiamy im nasz teatrzyk cieni, budujemy wspólnie recyklingowe place zabaw z tego, co znajdziemy wokół, ale też finansujemy np. wyprawki szkolne i drobne artykuły pierwszej potrzeby, głównie z myślą o tamtejszych dzieciakach. Zawsze też dostajemy od tych społeczności coś w zamian, bo to projekt, w którym wymiana liczy się najbardziej. Zazwyczaj są to bajki i przepisy kulinarne, z którymi później wracamy do Polski.

Grupy wykluczone to element, który towarzyszy wam najczęściej. Ale chyba nie zawsze?

To prawda, jedziemy tam, gdzie po prostu nas zaproszą. Choć najbardziej interesują nas małe narody w wielkich krajach. Staramy się poznać ich kulturę, której historii próżno szukać w podręcznikach. To niesamowite, jak silne mają oni poczucie tożsamości, choć np. tu – w Polsce, nikt o nich wcześniej nie słyszał.

W całym Czuj, czujowym zespole jest jedna osoba, która intryguje mnie najbardziej. To 16-miesięczny Roch…

Mój syn. Realizowałam projekt podróżując po byłych republikach radzieckich. Trafiłam m.in. do Nadniestrza, samozwańczej republiki, która oficjalnie leży w granicach Mołdawii. Spędziłam tam trochę czasu, organizując m.in. zbiórkę na budowę asfaltowej drogi w jednej miejscowości, w której przyszło mi się zatrzymać. Organizowałam tam również warsztaty uliczne. W pewnym momencie potrzebowałam jednak przerwy. Akurat zbliżały się święta, więc wróciłam do Polski. W Warszawie zdarzyła się niespodzianka i zaszłam w ciążę, co nieco pogmatwało plany, choć niezupełnie.

Bo w ciąży pojechałaś dalej…

Na Kaukaz, do Kurdystanu… Dostałam zielone światło od mojego lekarza. W ciąży pojechałam też do gruzińskiego ośrodka dla dzieci z ulicy, gdzie spotkałam dzieciaki, które po osiem lat spały w kartonowych pudłach. Dla mnie to był przedsionek piekła. Siłą rzeczy tamtejsze dzieci były strasznie agresywne, ale do mojego brzucha podchodziły z dużym szacunkiem, delikatnością i wrażliwością. Czasem mogłam na nim co nieco ugrać, np. ciszę, kiedy akurat bardzo jej potrzebowałam.

Roch dobrze czuje się w takich podróżach?

Razem byliśmy przez miesiąc w Mołdawii, miesiąc w Kurdystanie a teraz lecimy na trzy miesiące do Meksyku. Zdaję sobie sprawę z tego, że są różne dzieci i różnie znoszą podróże. Akurat dla Rocha to potężna frajda i zawsze widać uśmiech na jego twarzy, kiedy jesteśmy w drodze. Jest w centrum uwagi, często najmłodszy w grupie, de facto mój syn na tych wyjazdach spełnia bardzo ważną rolę. Oczywiście, jeśli przestanie mu to służyć, ja zajmę się czymś innym. Na przykład bardziej lokalnym. Roch jest dla mnie najważniejszy.

Realizowałaś już jakieś lokalne projekty?

Oczywiście, to nie jest tak, że działamy tylko w trasie. Jakiś czas temu na Pradze organizowaliśmy cykl spotkań Warszawa Czuje. Mali Warszawiacy sporządzali swoją stołeczną mapę emocji, na której zaznaczali miejsca, które z czymś im się kojarzą. Poza tym animowaliśmy społeczność warszawskich Romów, w stołecznych szkołach organizujemy co jakiś czas slajdowiska i warsztaty. Ostatnio np. z uchodźcami, którzy przedstawiali swoje kuchenne historie. Dzieciaki, jakby przy okazji, dowiadywały się kim oni są i czym są prawa człowieka. Kiedy wrócimy z Meksyku, planujemy jeździć po Polsce z indiańskimi i meksykańskimi bajkami i robić z nich teatrzyk cieni.

Do Meksyku też zabieracie ze sobą teatrzyk, tyle że z legendami warszawskimi?

Tak, przygotowaliśmy cztery legendy warszawskie, które spełniają podwójną rolę: z jednej strony służą do zapoznania tamtejszych dzieci z naszą kulturą, bo stąd jesteśmy, z drugiej zaś są świetnym pretekstem do rozmów o emocjach. Do Meksyku zaprosiła nas tamtejsza szkoła, mamy też kilka ośrodków, które planujemy odwiedzić.

teatrzyk

Teatrzyk kukiełkowy wygląda tak. Fot. Justyna Urbaniak

To dla ciebie takie łatwe, spakować się i pojechać na drugi koniec globu?

To jest coś, co przynosi mi radość. W ciągu tych dziesięciu lat byliśmy w Indiach, Gruzji, Ukrainie, Mołdawii, Turcji,  na Syberii, w Rumunii, Iraku… Czuję się bardzo związana szczególnie z niektórymi osadami, jak na przykład tą Mołdawską, z którą mam bardzo dobre wspomnienia. Marzy mi się zbudowanie takich stałych osad na terenie całych Bałkanów. To nie jest tak, że my tam jedziemy na jakiś czas, a potem zostawiamy mieszkańców samych i mówimy: teraz sobie radźcie. W Mołdawii zostawiliśmy dziewczynę, która tym wszystkim się opiekuje. To są projekty na wiele lat, często w te miejsca, do których udało nam się dotrzeć, wracamy.

Jak właściwie się to wszystko zaczęło?

Na początku jeździłam sama. W 2011 roku byłam na wolontariacie w Turcji i pomyślałam, że warto odwiedzić Kurdystan, autonomiczną republikę w granicach Iraku. Pojechałyśmy tam razem z koleżanką z Polski. Przypadkiem poznałyśmy dwóch Kurdów, jeden z nich okazał się lokalną gwiazdą pop. Zagrałam w jego teledysku, a on z wdzięczności spytał później, czy może coś dla mnie zrobić. Opowiedziałam o planach zorganizowania warsztatów dla dzieci w Kurdystanie. Jego rodzina znała menadżera największej w Iraku organizacji broniącej praw człowieka.

Podróżowałaś też po Portugalii, gdzie animowałaś społeczność lokalnych slumsów.

Zupełnie przypadkiem na nich trafiliśmy, bo do Portugalii jechaliśmy z moim ówczesnym chłopakiem z myślą o puszczaniu baniek mydlanych na ulicy. Okazało się, że nasze pole namiotowe graniczy ze slumsami. Poszliśmy tam i zaczęliśmy puszczać dla nich bańki. W zamian otrzymaliśmy od spotkanych tam ludzi dużo dobrego. Wtedy pojawiła się myśl, że to dobra wymiana i fajny sposób na podróże.

Czy łatwo jest nawiązać relację z takimi zamkniętymi społecznościami?

Myślę, że dla nas to jest o tyle łatwiejsze, bo staramy się być względem nich uczciwi. Nie jesteśmy żadną fundacją, lecz kolektywem. Nie zarabiamy na nich. Projekty z których żyjemy piszemy tu, w Polsce. W planach mamy też sprzedaż książek, które powstają w trakcie podróży, dzięki czemu możliwe będzie utrzymywanie naszej działalności.

Takie społeczności, jak np. romska, są bardzo zamknięte, bo i z różnych powodów są wykluczone, a to napędza wzajemną nieufność. Dlatego budowanie zaufania to proces, który czasem trwa bardzo długo. U mołdawskich Romów tym, co skruszyło lody był fakt, że podjęłyśmy się z koleżankami pracy przy sprzątaniu ich domów. Poza tym lody kruszy również mój syn, który otrzymał wiele troski i uwagi od tamtejszych kobiet. Martwiły się wręcz o niego i wyrażały swój niepokój widząc, w jaki sposób go wychowuję. Obok wspomnianej już troski mój syn otrzymał od nich też tuzin ciuchów, bo Romki martwiły się, że za cienko go ubieram i biedaczysko się zaziębi.

A lokalna egzotyka, np. warszawska, jest dla ciebie pociągająca?

Nawet bardzo! Zdaję sobie sprawę z tego, że w naszym kraju również jest dużo osób, które potrzebują pomocy. W Warszawie wystarczy czasem przejść na drogą stronę ulicy, by spotkać kogoś, kto bardzo jej potrzebuje. Nie trzeba do tego egzotyki na drugim krańcu globu. Dlatego ja swojej egzotyki również szukam w Warszawie. A poza tym jestem z Żoliborza.


Olga Ślepowrońska z wykształcenia jest psychologiem, z zamiłowania – wolontariuszką, podróżniczką, entuzjastką międzykulturowej różnorodności i twórczej pedagogiki. Z Czuj Czujem pomagała w domu dziecka we Lwowie, prowadziła też warsztaty dla romskich dzieci w Mołdawii, kiermasze w Nadniestrzu, zajęcia z dziećmi ulicy w Gruzji a także obóz dla uchodźców z Syrii w irackim Kurdystanie. Jest mamą 16-miesięcznego Rocha, który towarzyszy jej w podróżach.


Więcej o samym teatrzyku można przeczytać w rozmowie z Natalią Nguyen i Anną Jesinowicz w tekście pt. Legendy ukryte w cieniach.