DSC_5229

Julien de Casabianca: Uwolnić sztukę

21.03.2015

Tagi: muzeum, Praga, street art, sztuka,

Julien de Casabianca rozkleił na praskich ulicach arcydzieła polskich artystów. Przetrwały kilkanaście godzin, ale zdążyły wzbudzić ogromną dyskusję. Większości warszawiaków pomysł przypadł do gustu, entuzjastycznie reagowali przechodnie. Krótki żywot przyklejonych do murów portretów otworzył jednak drzwi do krajowego piekiełka. Pojawiły się komentarze krytykujące czy nawet atakujące mieszkańców Pragi nieczułych na piękno i sztukę. Roman Pawłowski w felietonie dla „Gazety Wyborczej” zarzucił artyście brak kontaktu z mieszkańcami i prowadzenie działań bez udziału lokalnej społeczności. Sam Julien nazywa to jakimś strasznym nieporozumieniem.

O tym, co artysta chce osiągnąć, przenosząc arcydzieła z muzeów na budynki Pragi, rozmawialiśmy w sobotni poranek na ulicy Wileńskiej i Małej. Na tej ostatniej swoje miejsce znalazła Anna Jagiellonka. Gdy rozstawaliśmy się z Julienem, miał jeszcze pięć nieprzyklejonych wydruków. Chciał jednak sam znaleźć odpowiednie miejsce i, tak jak wcześniej, pracować jedynie ze wsparciem mieszkańców.

Kiedy wpadłeś na pomysł przeniesienia nieco już zapomnianych dzieł z muzeów na mury miast?

To było w Luwrze, w Paryżu. Zobaczyłem ukrytą gdzieś w jakiś ramach w rogu piękną kobietę. Chciałem ją uwolnić, wyzwolić. Na początku to miał być żart, ale gdy już udało mi się sprawę doprowadzić do końca i zobaczyłem, jak wygląda na jednej z paryskich ścian, dojrzałem w niej jeszcze więcej piękna. Wycięta z dotychczasowego kontekstu nabrała nowego znaczenia. To właśnie mnie zachwyciło. To był ten efekt „wow”.

Inaczej odbieramy ten sam obraz, widząc go na ulicy, a nie w galerii?

Często narzekamy na telewizję. To, co jest w niej jednak najgorsze, to zapping – nieustanne i nieznośne przeskakiwanie po kanałach telewizyjnych. Na każdym coś się dzieje, na każdym coś możemy zobaczyć, ale przeskakujemy z jednego na drugi. Nie koncentrujemy się na żadnym. Tak samo dzieje się w galeriach czy muzeach, gdy oglądamy obrazy. W takim Luwrze są ich tysiące. I co robimy? Pyk, pyk, pyk i przeskakujemy z jednego do następnego. Od obrazu do obrazu. Ja tylko wyjmuję jedno dzieło z tego świata i przenoszę je na ścianę, tak żeby ludzie mogli oglądać je w swoim codziennym świecie. Obcowanie ze sztuką, z pięknem, nie musi być ograniczone do muzeum. Dlaczego nie miałoby mieć miejsca, gdy idziesz rano po bułkę do sklepu?

10801800_381665728701960_7823121617914075147_n

Fot. Outings Project/ Julien de Casabianca

DSC_5180

„Portret dziewczynki” Wacława Szymanowskiego. Fot. Twarze Warszawy

Dlaczego zatem nie przeklejasz całych obrazów?

Nie chcę dawać wolności obrazom, tylko ludziom. Nie robię tego dla malarza, ale dla tej osoby, którą uwiecznił. Staram się wybierać takie postacie, które nie są czy przestały już być dla ludzi kimś rozpoznawalnym. Czasami pomagają mi internauci, a czasem wszystko dzieje się tak szybko, że sam nie wiem, kim oni są.

W Warszawie gorącą dyskusję wywołało szybkie zniszczenie praskich portretów.  Oskarżano mieszkańców.

Dla mnie to, że zostaną one zniszczone, nie ma większego znaczenia. Możemy zakładać, że ktoś zniszczył czy zerwał obraz, bo mu się nie podobało, ale to zapewne była jedna osoba! Ci, którym się podobało, po prostu przystanęli i patrzyli. Wiem, że to oni stanowią większość. Poza tym takie zniszczone dzieło przemawia jeszcze bardziej, jeszcze mocniej. Zobacz, jak bardzo to chwyta za serca, jak boli, gdy widzimy rozerwanego Hamleta czy Murzynkę. To wywołuje wśród ludzi reakcje, chęć działania. Robią to arcydzieła przeniesione na mury, takie, na które w muzeum często nie zwraca się uwagi. Sztuka i piękno przemawia i wywołuje emocje. O to zawsze chodziło artystom.

10947442_378795118989021_3876121449055806737_o

„Murzynka” Anny Bilińskiej-Bohdanowiczowej. Fot. Outings Project/ Julien de Casabianca

Dostało się również Tobie za domniemany brak kontaktu z mieszkańcami.

To nieprawda i jakieś całkowite nieporozumienie. Ja tak nie działam. Zawsze rozmawiam z ludźmi, których spotykam w czasie oklejania ulic i podwórek. Musicie jednak pamiętać, że nie jestem pracownikiem socjalnym, jestem artystą. Nie jest moją rolą rozwiązywanie problemów trapiących najbiedniejsze dzielnice. Staram się dać ich mieszkańcom szansę obcowania z pięknem. Zawsze z ich udziałem.

Za pierwszym razem, gdy przyklejałem Hamleta, widziało to kilka osób. Przeważnie jest tak, że zbiera się wokół mnie całkiem sporo ludzi. Rozmawiam z nimi, razem wybieramy dokładne miejsce. W tym przypadku na zdjęciach widzisz reakcje dzieci, które tam w pobliżu mieszkały. W Gdańsku, co świetnie widać na zdjęciu, rozmawiałem ze starszą kobietą, która wyglądała z okna. Chciałem przykleić postać po drugiej stronie ulicy – pytałem, czy będzie chciała na nią patrzeć. To ona zaproponowała miejsce obok siebie – powiedziała, że nie chce dłużej w samotności wyglądać z okna kamienicy. Później zjawiło się jeszcze więcej osób. Wszyscy zaczęli rozmawiać. Tak to wygląda wszędzie na świecie.

Ludzie myślą, że jeśli coś zostało szybko zniszczone, to dlatego, że się mieszkańcom nie podobało. To nieprawda. Nie podobało się jednemu. Zresztą to wcale nie jest takie pewne – może po prostu widział, że jest już kawałek naderwany i pociągnął mocniej? Ludzie czasami w takich sytuacjach nie mogą się powstrzymać i ja to rozumiem. Dostałem w ostatnich dniach wiele wiadomości i maili od ludzi, którzy byli niezadowoleni z tego, że tak szybko moje wyklejki zniknęły. Część z nich narzekała na mieszkańców dzielnicy, niektórzy nawet piszą, że to wstyd dla Polski, ale naprawdę nie ma żadnego powodu. To nie jest sztuka, która ma trwać wiecznie. Tysiące osób widziały i miały okazję obcować z pięknem. Jedna zniszczyła – to nie jest reprezentatywne.

10891986_380770052124861_8137942710372018268_n

Gdańsk. Fot. Outings Project/ Julien de Casabianca

11050198_378794435655756_1199262046233780390_o

„Hamlet Polski” Jacka Malczewskiego. Fot. Outings Project/ Julien de Casabianca

11066523_381665765368623_4655051175582068950_n

„Hamlet Polski” Jacka Malczewskiego przyklejony po raz drugi. Fot. Outings Project/ Julien de Casabianca

Czy większość ludzi zawsze reaguje z entuzjazmem?

Niemal wszystkim się podoba i to niezależnie od wykształcenia, zamożności czy nawet miasta. Dobra sztuka i piękno przemawia do każdego. Nie każdy ma ją jednak możliwość oglądać. Przeważnie mieszkańcy twierdzą, że jakaś ściana czy mur wyglądają lepiej po mojej akcji niż wcześniej. W Gdańsku jednej dziewczynce nie spodobał się diabeł, ale to była reakcja na samą postać, też pokazująca sugestywność obrazu i kunszt twórcy.

Działasz na ulicy. W Polsce nikt jednak Malczewskiego nie skojarzy ze street artem.

To nie jest wielkie graffiti na ścianie czy tag, ale to jest sztuka ulicy. Czasami młodzi artyści nie zgadzają się ze mną – mówią, że wycięcie fragmentu jakiegoś obrazu i naklejenie go na ścianę nie ma nic wspólnego z tym, co oni robią. To, co robię, jest trochę jak sample z muzyki poważnej w hiphopowym kawałku. Łączę stare i nowe. Dzięki temu docieram do nowego odbiorcy, który wcześniej nie miał okazji zetknąć się z taką sztuką.

Masz w tych działaniach jakiś cel?

Jak każdy artysta robię to, co mnie wyraża. To, co chciałbym osiągnąć, to większe zaangażowanie możliwie jak najszerszej grupy odbiorców. Bogaci, burżuazja czy jakkolwiek nazwiesz tą grupę, zawłaszczyła sztukę. Chciałbym sprawić, żeby wróciła ona do prawdziwego właściciela, do ludu, do zwykłego odbiorcy.  Muzea i galerie zamknęły w swoich murach wiele arcydzieł, ale nie docierają z nimi do prostego człowieka, wszystko dzieje się w dość wąskim i zamkniętym kręgu, i to trzeba przerwać.


Wszystkie prace Juliena de Casabianca możecie zobaczyć na jego profilu na Facebooku oraz na stronie Outings Project.