kya by adela sznajder

Kaja Mikoszewska: My, nerdy

17.03.2015

Tagi: geek, kobieta, komputer, nauka, nerd, nowe technologie, technika,

O sobie mówi, że jest obywatelką internetu. Nerdem, który rzadko wychodzi z domu, bo w internetowym świecie zbudował sobie społeczność, którą trudno byłoby odtworzyć w innych warunkach. Bo internet skraca dystans. O tym, jak to jest być warszawskim nerdem, rozmawiamy z Kają Mikoszewską, autorką internetowej audycji „Nerdy nocą” i publikacji, które traktują o świecie elektronicznych mediów.

Co to znaczy że jesteś obywatelką internetu?

Kaja Mikoszewska: To znaczy, że prawie w ogóle nie wychodzę z domu, odkąd przestałam wychodzić do pracy, czyli od jakichś trzech lat. Czasem oczywiście trzeba to zrobić, na przykład z okazji wizyty u dentysty. Więc to nie jest tak, że absolutnie nie ruszam się z mieszkania, ale żyjemy w czasach, kiedy dużą część rzeczy można załatwić przez internet, np. zakupy spożywcze. Z ciuchami bywa gorzej, bo pewne rzeczy trzeba po prostu przymierzyć. Za to wychodzę z domu po fajki, bo to zdrowo, tak się przespacerować. Mam pracę, którą mogę wykonywać zdalnie, z domu. Mam dobrych znajomych daleko, ale możemy codziennie rozmawiać.

Te dwa światy – realny i internetowy można w ogóle rozdzielać?

Ten temat podziału na dwa światy wypłynął przy okazji afery o ACTA. Wówczas pojawiły się głosy mówiące o tym, że ludzie z internetu to banda studentów i gimnazjalistów, którzy siedzą w piwnicy i piją piwko przy pornografii. Postawiono wyraźną cezurę oddzielającą ten świat od realnego, w którym ACTA nie jest niczym złym. A moja główna myśl wtedy była taka, że wszyscy już jesteśmy w internecie i jak teraz sobie strzelimy w stopę, to będzie to miało poważne konsekwencje w przyszłości. Wiele osób nie było w stanie zobaczyć tego zagrożenia wolności w internecie. W takim sensie tych światów – internetowego i realnego, nie warto rozdzielać. Mówiąc o tym, że jestem obywatelką internetu, mam na myśli też to, że nie jestem wrośnięta w lokalną społeczność, choć trochę bym chciała. Mamy za to dużą społeczność w internecie.

My, czyli kto?

My nerdy. Fascynaci, dla których sieć jest podstawowym narzędziem komunikacji i ekspresji. Ludzie, którzy potrzebują tylko pół pretekstu do tego, żeby zacząć mówić o swojej pasji przez kolejnych pięć godzin. I to jest ciekawa opowieść zazwyczaj.

Popkultura przedstawia nerda dość szablonowo.

To prawda. Nerd w amerykańskich filmach zawsze ma okulary, jest asocjalny, siedzi przy komputerze, trochę śmierdzi, nie umie się ubrać, wciąż je pizzę. Sporo w tym przekłamań i krzywdzących uogólnień. Nerdy są różne.

To jak odróżnić nerda od geeka?

To świeży podział i trochę sztuczny. Mam wrażenie, że geekiem jest dziś każda osoba, która ma smartfon i dobre okulary. Nerd natomiast to ktoś, kto chętnie opowiada o swoich pasjach. Jak chcesz się czegoś od niego dowiedzieć, to pomoże. Wybierze wtedy z całego swojego ogromu wiedzy takie informacje, które możesz do czegoś wykorzystać. I to jest fajne. Nerdy to w gruncie rzeczy bardzo otwarta społeczność z gotowością do wsparcia.

Jesteś autorką książki „Mobilny świat dla pań”. Czy kobiety mają problem z elektroniką, że dedykujesz im specjalnie książkę?

Cała seria była pomyślana tak, żeby to były poradniki dla kobiet, miały fajną szatę graficzną i były napisane w rodzaju żeńskim. W mojej książce nie ma informacji, które nie przydadzą się facetowi. To są uniwersalne teksty, tyle że ich głównym odbiorcą ma być kobieta, więc książka jest w rodzaju żeńskim. To jedyna różnica. Zwykle poradniki informatyczne są kierowane do mężczyzn.

A wiedza z tej książki po co mi jest potrzebna?

Na przykład gdybyś chciała wybrać sobie smartfona, a nic o nich nie wiesz, to z tej książki dowiesz się, jaki masz wybór i gdzie znaleźć więcej informacji. Świat szeroko pojętej informatyki jest powszechnie uważany za męski. Uważam, że to bzdura.

kya by patrys 14377923185_4f52342440_o

Fot. Archiwum prywatne.

Ale nie masz obserwacji, że kobiety się w tym mniej orientują?

Mnie bardzo denerwują stereotypy. Rozumiem do czego służą, bo z nimi można sobie świat jakoś uporządkować. Ale wkurza mnie, gdy w szkole zakłada się z góry, że dziewczynki mają być lepsze z polskiego, więc nie muszą być dobre z matmy. To są takie role, w które się człowieka wpycha od małego. Więc moim zdaniem jeśli dziewczyny nieco mniej interesują się informatyką, to dlatego, że są do niej niemalże zniechęcane. Sama żyję w maleńkim kawałku świata, gdzie dziewczyny są porządnymi informatykami.

A to że ty jesteś informatyczką nie wynika przypadkiem z tego, że wyrastałaś w sprzyjającym środowisku? Może miałaś mamę, która była, np. inżynierem, więc łatwiej ci było wejść w niestereotypową rolę w życiu dorosłym?

Mój dziadek był inżynierem, babcia bibliotekarką, tata jest doktorem biologii, a mama artystką. Zatem na tym polu w moim przypadku niewiele widać. Widać natomiast, kiedy wejdzie się głębiej, bo mama nigdy nie była kobietą typowo domową. Co ciekawe, jej mama, czyli moja babcia, była już w te stereotypy uwikłana, i choć pracowała zawodowo, to po pracy wracała do domu i szykowała dla całej rodziny obiad złożony z trzech dań. Moja mama nie lubi gotować, zajmowanie się domem nie jest jej żywiołem. Tata gotuje, macocha ogląda mecze. I ja po nich niewątpliwie odziedziczyłam koncepcję, że to też jest w porządku. Mimo że dużo czasu spędzałam z babcią w pracy, w Muzeum Miar i Wag, i w domu, gdzie gotowałyśmy. Po drugiej stronie miałam bowiem dziadka, który zabierał mnie ze sobą do warsztatu i na ryby.

Nie byłaś standardowo wychowywana do roli typowej kury domowej, która nie potrafi wymienić żarówki i potrzebuje do tego męża?

U mnie w domu tego w ogóle nie było i ja się z tego ogromnie cieszę, że każdy umie wymienić żarówkę samodzielnie. W szkole też trafiłam dobrze, bo nikt nas nie próbował obsadzać w jakichś rolach. Myślę, że to bardzo duża zaleta mieszkania właśnie w Warszawie. W mniejszych miastach może być z tym większy problem.

Współpracujesz z Wysokimi Obcasami Extra. I jak sobie myślę o tym, co mi powiedziałaś o równouprawnieniu kobiet i mężczyzn, to myślę, że to się jakoś wpisuje w konflikt między tym pismem a Wysokimi Obcasami.

W ogóle się nie dziwię, że ten konflikt się pojawił, i dobrze, że tak się stało. To pokazało wielu ludziom, że to są dwie różne redakcje. Zresztą to, co powiedziały Wysokie Obcasy Extra, nie zabrzmiało zgranie i dobrze.

Uściślając, mówimy o feminizmie.

Ludzie mają różne koncepcje na temat tego, czym jest feminizm. Tu też włącza się wiele stereotypów, jak na przykład taki, że feministka chodzi we flanelowej koszuli, nie dba o siebie i nienawidzi mężczyzn, co oczywiście jest nieprawdą, choć jednocześnie każdy o tym słyszał. Jeśli mam powiedzieć o moim prywatnym feminizmie, to wygląda on tak, że kobiety i mężczyźni powinni być równi wobec prawa i obyczaju. Wtłaczanie ludzi w stereotypy związane z płciami uważam za potwornie szkodliwe dla całego społeczeństwa.

Stąd twoja książka i rubryka w Wysokich Obcasach Extra?

One powstały z tego, że jak jest przerwa w robocie i idzie się na drinka, to dziewczyny z działu siedzą ze sobą i czasem nie bardzo mogą wziąć udziału w dyskusji, którą między sobą toczą faceci. Często są to rozmowy na przykład o tym, ile korów ma jakiś procesor czy ile cylindrów ma silnik. Dzięki tej wiedzy, która jest w książce czy którą podaję w swojej rubryce, kobiety mogą włączyć się w tę dyskusję i wysadzić ją w powietrze. Bo często takie przerzucanie się parametrami nie ma żadnego celu poza ustalaniem hierarchii w grupie.

To jest też o tym, żeby się nie bać tej wiedzy. Moja książka jest takim zbiorem informacji, które wystarczą, żeby zacząć wiedzieć. To jest sprawa, z którą też sama się zmagam, bo kiedy jesteś kompletnym laikiem, to często trudno ci zrozumieć, o co chodzi w danym temacie. Mówi się o nim już z jakiegoś poziomu. Tak jest na przykład z przepisami kulinarnymi. Ktoś, kto się na tym nie zna, wstydzi się zapytać: co to jest szczypta? Co to znaczy „blanszować”?

Swoją drogą gotowanie jest bardzo podobne do programowania. Bierzesz przepis i z nim eksperymentujesz, dochodzisz metodą prób i błędów do tego, co tak naprawdę chcesz ugotować. Przechodzisz przez ileś iteracji, bo czegoś dodałaś na początku za dużo i mogło by być lepiej. Następnym razem faktycznie jest. Triumf!

Czy Warszawa jest dobrym oknem na bycie obywatelem internetu?

Jest, a zobaczyłam to dopiero z czasem. Tu internet był dość wcześnie łatwiej dostępny. Mieliśmy jako pierwsi publiczne kafejki internetowe. Warszawa jest fajnym miejscem również pod tym względem, że Geek Girls Carrots czy HackerSpace mają tu swoje miejsce i niezły zasięg działania.

Przede wszystkim lubię Warszawę za to, że możesz sobie tu być dowolnym rodzajem dziwaka i znaleźć sobie podobnego kompana. W Warszawie dużo łatwiej jest być LGBT niż gdziekolwiek indziej w tym kraju. Tak jak być dziewczyną, którą kręci administracja sieci. Tu rzadziej spotkasz się ze stwierdzeniem, że twoje miejsce jest w kuchni, a nie serwerowni. A nawet jak coś takiego usłyszysz, to masz przestrzeń, by rzucić papierami i znaleźć nową pracę. W dużym mieście po prostu jest więcej miejsc, w których znajdziesz podobnych sobie. I to jest w Warszawie bardzo fajne.