Krzsztof Mikołajewski

Krzysztof Mikołajewski: Oddajmy kulturę w ręce mieszkańców

30.01.2015

Tagi: Białołęka, ośrodek kultury, społeczeństwo, warszawa,

Gdy został dyrektorem Białołęckiego Ośrodka Kultury, zaczął zastanawiać się, co zrobić, aby wypełnić lukę we wschodniej części dzielnicy i jednocześnie zachęcić mieszkańców do większej aktywności na polu działań kulturalnych. Zaproponowany projekt – inny od tego, co do tej pory oferował dom kultury – okazał się strzałem w dziesiątkę. Dziś przychodzą do nas ludzie, którzy chcą realizować swoje ciekawe pomysły i po kilku miesiącach od uruchomienia projektu można śmiało powiedzieć, że „Trzy pokoje z kuchnią” stały się sukcesem – mówi Krzysztof Mikołajewski – inicjator projektu i dyrektor BOK.

Łukasz Pastor: „Trzy pokoje z kuchnią” to projekt działający pod szyldem Białołęckiego Ośrodka Kultury, a jednak zdecydowanie inny od tego, co warszawskie domy kultury oferują mieszkańcom poszczególnych dzielnic.

Krzysztof Mikołajewski, dyrektor Białołęckiego Ośrodka Kultury: Ten projekt bardzo szybko okazał się sukcesem. Sam pomysł wywodzi się stąd, że trochę inaczej chcieliśmy podejść do funkcji domu kultury.  Warszawski ratusz napisał jakiś czas temu Program Rozwoju Kultury (PRK). Według jego założeń, powinno się stopniowo odchodzić od działalności „impresaryjnej” na rzecz działalności wspierającej aktywizację społeczno-kulturalną mieszkańców. „Trzy pokoje z kuchnią” taką właśnie działalność mają wspierać. W związku z tym, że w tej części Warszawy nie było filii ośrodka kultury, porozumieliśmy się z Centrum Komunikacji Społecznej, które tworzy miejsca  aktywności lokalnej. Trzeba przyznać, że częściowo wykorzystaliśmy formę placówki typowej dla centrum. Dzięki temu zapewniliśmy sobie sfinansowanie konsultacji społecznych, ale też zależało nam, żeby to miejsce było współtworzone przez mieszkańców Białołęki od samego początku.

I faktycznie było?

Najpierw skonsultowaliśmy z mieszkańcami ideę tego miejsca. Mieszkańców spytaliśmy o to, co ma się w nim dziać, ale też jak to miejsce ma wyglądać (łącznie z wyposażeniem). Mieszkańcy zatem faktycznie uczestniczyli od samego początku w tworzeniu tego projektu.

Stworzenie na kulturalnej mapie Warszawy „Trzech pokoi z kuchnią” byłoby pewnie trudniejsze, gdyby nie wcześniejsze pomysły utworzenia filii ośrodka kultury.

Faktycznie, zawsze był problem, że nie ma szczególnie rozbudowanej działalności kulturalnej we wschodniej części Białołęki, bo nie ma tam filii ośrodka. Dzielnica podejmowała wysiłki, żeby pozyskać kilka milionów złotych na wybudowanie siedziby dla filii ośrodka. My zaproponowaliśmy prostsze rozwiązanie – wynajęcie pomieszczeń i zrealizowanie projektu razem z mieszkańcami – to nie generuje tak wysokich kosztów. Chcieliśmy, by było to miejsce bardziej efektowne, tworzone przez mieszkańców, a jednocześnie zaspokajające podstawowe potrzeby społeczno-kulturalne. Moim zdaniem taka jest faktyczna rola domów kultury. Nie powinny one zajmować się takimi potrzebami, jakie zaspokajają instytucje narodowe (gale i koncerty, spektakle) ponieważ w Warszawie ta przestrzeń jest dobrze zapełniona, a stolica nie jest aż tak duża, aby na Białołęce powielać te wydarzenia.

Przyznam, że podpatrywaliśmy różne miejsca aktywności lokalnej, jak np. klub przy Ziemowita na Targówku czy Centrum Społeczne przy Paca. Ten pomysł cały czas dojrzewał. Chodziło o to, by mieszkańcy nie byli klientami, czy odbiorcami, którzy przychodzą na spektakle albo wykupują zajęcia w sekcjach, tylko by byli współgospodarzami ośrodka. To się zrodziło z idei otwartego na mieszkańców domu kultury, co w typowym domu kultury jest bardzo trudne do zrobienia. My mieliśmy o tyle komfortową sytuację, że obiekt tworzyliśmy od podstaw.

3 pokoje

3 pokoje w akcji. Fot. BOK

Projekt rzeczywiście nowatorski, ale chyba i ryzykowny?

Chcieliśmy włączyć mieszkańców w jego tworzenie od samego początku i udało się. Było to rzeczywiście ryzyko, ponieważ nie wiedzieliśmy, czy mieszkańcy się zaangażują – to jest nowa część Warszawy, w dużym stopniu z mieszkańcami napływowymi, ale ostatecznie się udało. Nie wiedzieliśmy, czy mieszkańcy będą aktywni, ale jest sukces. Mieszkańcy czują się tam jak u siebie – przychodzą wspólnie napić się kawy, zjeść ciasto, by porozmawiać i zrobić coś ciekawego.

To jednak nie klub osiedlowy z czasów PRL-u. Nie ma tam telewizora czy stołu do gry w tenisa stołowego. To raczej miejsce do spotkania i wspólnego powymyślania ciekawych projektów. Trzonem projektu są dobrzy animatorzy  to oni narzucają jakość programową „Trzech pokoi z kuchnią”, ale są też bardzo kreatywni i zdyscyplinowani mieszkańcy, którzy już prześcigają się w nietypowych pomysłach, dlatego raczej nie odbywają się tam typowe wydarzenia, choć na nie też jest tam też miejsce.

Jaka jest rola animatora w projekcie?

Głównie inspirowanie i animacja mieszkańców. Nie staramy się jednak dla nich wymyślać programu. Nie jest tak, że obiecujemy organizację koncertu, czy ściągnięcie kabaretu. Jednak podpowiadamy i poddajemy w rozważanie jakieś sugestie, ale jak najwięcej przestrzeni dajemy mieszkańcom, żeby to oni tworzyli swoją ofertę – żeby sami zapraszali nawet swoich znajomych, którzy mogliby wystawić sztukę, zagrać koncert, czy pokazać wystawę.

Jak wygląda miejsce, w którym projekt jest realizowany?

Jest to domek jednorodzinny, w którym wynajęliśmy piętro. Na parterze działa ognisko dla dzieci, a na piętrze jest realizowany projekt. Jak sama nazwa wskazuje: są to trzy pokoje i kuchnia – dwa pokoje na różne animacje społeczne i jedno pomieszczenie biurowe. Jedna sala jest przeznaczona na wystawy, imprezy, tańce, a druga to pokój ze stołem, meblami, fotelem bujanym, kanapami, gdzie można poczuć domową atmosferę.

Jak duże nakłady finansowe są potrzebne, aby dać mieszkańcom miejsce, w którym będą zaspokajane ich potrzeby kulturalne?

Zainwestowaliśmy około 200 tys. zł. w uruchomienie, aranżację obiektu i zatrudnienie dwojga animatorów, ale w porównaniu do kosztów zbudowania filii to są to środki praktycznie żadne. Dla ośrodka kultury był to jednak znaczący wydatek, dlatego o wsparcie musieliśmy prosić władze dzielnicy.

W praktyce nie trzeba zatem dużych nakładów finansowych, a  otwarcia na mieszkańców.

Pieniądze są potrzebne, ale są bardzo nieduże, a więc jest to szalenie efektywny projekt. Stworzenie miejsca dla mieszkańców, którego do tej pory nie było i włączenie ich w działania na taką skalę – to działanie wielce efektywne, szczególnie przy tak niskich nakładach. Myślę, że to też pomysł dla innych ośrodków kultury z klubami osiedlowymi, w których niewiele się dzieje. Myślę, że „Trzy pokoje z kuchnią” mogą być ciekawym przykładem, projektu, gdzie oddaliśmy władzę mieszkańcom. To jest dość ryzykowny projekt, bo oddaje się klucze do miejsca publicznego, za majątek którego odpowiada się głową. W dużym stopniu to projekt oparty na zaufaniu, ale to przyświeca projektowi, aby właśnie budować zaufanie wśród społeczności lokalnej.

3 pokoje

3 pokoje w akcji. Fot. BOK

Jak włączyć się w działania „Trzech pokoi z kuchnią”?

Aby włączyć się w projekt, należy po prostu przyjść. Obiekt jest czynny codziennie od 10 do 21 – z wyjątkiem poniedziałków. Tak naprawdę wystarczy spotkać się z animatorami. Raz na tydzień są organizowane spotkania z mieszkańcami. Wystarczy przyjść i włączyć się w daną animację. Nie trzeba pisać podań, czy skomplikowanych wniosków, a wystarczy przedstawić pomysł animatorowi. Wtedy projekt zostanie skonsultowany z innymi mieszkańcami, czy środki przeznaczyć na ten właśnie pomysł. To mieszkańcy decydują, czy robimy spotkanie opłatkowe, wystawę, czy coś wspólnie ugotujemy, albo zorganizujemy dyskotekę dla dzieci.

Zachęcamy, aby mieszkańcy wkładali w animacje jak najwięcej od siebie, ale mamy oczywiście budżet animacyjny. Oczekujemy, że albo swoją pracą, albo wkładem materialnym włączą się w projekt. Ma się to opierać na zasadzie wzajemności, czyli że my coś dajemy, ale też oczekujemy od osób, które przychodzą, aby również coś dały dla tego miejsca. Mieszkańcy przynieśli np. zastawy stołowe, kubki, sztućce, podarowali radio. Przy okazji wyłowiło się wielu aktywistów.

To znacznie lepsza forma organizowania się mieszkańców, niż przemierzanie zbiurokratyzowanych instytucji z prośbą o rozpatrzenie podania

Doświadczenie instytucjonalne, oparte na pisaniu podań, zniechęca. Tu wystarczy pomysł i można go zrealizować. Jeśli nas na to nie stać, nasi animatorzy mogą podpowiedzieć, jak projekt zrobić, aby udało się go przeprowadzić, gdzie ewentualnie pozyskać środki itp.

Czy warto zatem było oddać kulturę w ręce mieszkańców? Czy nastawienie się na inicjatywę „oddolną” jest w kulturze potrzebne – szczególnie w kulturze na szczeblu lokalnym?

Myślę, że to jest przyszłość ośrodków kultury. Jeśli domy kultury nie będą się uspołeczniać i stawać się przyczółkami aktywizacji społeczno-kulturalnej mieszkańców, mogą z czasem stracić rację bytu. Typowa filozofia domu kultury polega na narzucaniu oferty, a przecież wiemy, że dobór tej oferty jest uznaniowy. Wiemy, że projekty są finansowane siłą rozpędu, ale to niejako relikt minionej epoki. Warto przyjrzeć się inicjatywom prywatnym – władze samorządowe powinny spoglądać na choćby takie projekty jak np. Chłodna 25, barStudio, Klubokawiarnia Kicia Kocia, ponieważ to one zaczęły pełnić funkcję kulturalną. Tę funkcję powinny pełnić domy kultury. Rozumiem, że są potrzebne podstawowe zajęcia domów kultury, ale to nie wyczerpuje ich funkcji. Moim zdaniem współtworzenie oferty przez mieszkańców ma same zalety, bo mieszkańcy kreują ofertę, czują się swobodnie, nie przychodzą na daną godzinę, nie są klientami, a są współtwórcami – mogą przyjść o każdej porze dnia i nocy i to jest bardzo swojskie. Taka jest moim zdaniem przyszłość domów kultury. Ostatnio w Warszawie powstały dokumenty, które w taki właśnie sposób określają funkcje domów kultury. A zatem na płaszczyźnie instytucjonalnej miasta jest zachęta, ale faktycznie idzie to jeszcze bardzo opornie.

„Trzy pokoje z kuchnią” odniosły zatem sukces. Jakich innych sukcesów pragnąłby Pan dla działań kulturalnych na Białołęce?

Chciałbym, żeby nasza główna siedziba na Van Gogha na Tarchominie wyglądała tak, jak „Trzy pokoje z kuchnią” – żeby mieszkańcy czuli się u nas jak w domu. Na dzień dzisiejszy jest to dosyć trudne. Póki co współdzielimy budynek ze szkołą i walczymy m. in. o to, aby uczniowie w czasie przerw mogli do nas przychodzić, a w tej chwili niestety mają zakaz. Mam nadzieję, że nasz ośrodek będzie swoistym centrum kultury obywatelskiej. Moim marzeniem jest, aby podstawowa instytucja kultury była miejscem, gdzie można zrobić swój projekt, spotkać się i tworzyć swoje pomysłu u nas. Zobaczymy, czy się uda.

  • Ula

    Fajnie, ludziom na Białołęce jest potrzebne miejsce, gdzie będą mogli zaspokajać swoje kulturalne potrzeby i jednoczyć się jakoś ;) Jeszcze trochę czasu i pracy, może jeszcze ta Galeria Północna i powoli staniemy się samowystarczalną dzielnicą ;))

    • http://www.twarzewarszawy.pl/ Twarze Warszawy

      Chyba nie o to chodzi, żeby była samowystarczalna. Raczej o to, żeby się zespoiła z resztą miasta w jeden organizm :)

      • Ula

        Tak, ale miałam raczej na myśli to, że będziemy mięli tutaj wszystko, co na potrzebne na co dzień do życia. To dla nas ważne, żeby nie musieć gonić za wszystkim do centrum, czy to za zakupami, dobrą restauracją czy po prostu kulturą i możliwością kreatywnego spędzenia wolnego czasu :)

        • hok

          bardzo ciekawe postulaty. Jakie projekty Białołęcki Ośrodek Kultury robi z mieszkańcami i z inicjatywy mieszkańców? Czy dofinansowuje projekty?