Micha_ Rudas_, fot. Przemys_aw Peak

Michał Rudaś: Muzyka indyjska oddaje moje wnętrze

17.01.2015

Tagi: Indie, muzyka, radio, sztuka,

Brzmieniami indyjskimi interesuje się od lat. Pochłonęły go do tego stopnia, że co roku wyjeżdżał do Indii, aby tam od najlepszych uczyć się śpiewu charakterystycznego dla tamtejszych artystów. Dziś swoje doświadczenie, stale uzupełniane o nowe umiejętności wokalne, przenosi na grunt Polski. Na płytach i w czasie koncertów Michała Rudasia w przeróżnych utworach można usłyszeć raczej niespotykane w polskiej muzyce instrumenty, ale przede wszystkim wokal – inny od  tego znanego z rozgłośni radiowych czy kanałów muzycznych.

Twoje zamiłowanie do muzyki towarzyszy Ci praktycznie od zawsze. Muzyka indyjska z kolei też towarzyscy Ci już od bardzo dawna.

Michał Rudaś: Muzyką i kulturą Indii interesuję się już od wielu lat – mniej więcej od 20 – odkąd byłem nastolatkiem. Wtedy jednak te zainteresowania nie były jeszcze tak mocno rozwinięte, ponieważ nie miałem wówczas styczności z prawdziwą kulturą indyjską, a jedynie z jej elementami – czy to muzyką, czy różnymi zwyczajami – które gdzieś docierały do Polski. Dopiero, gdy po raz pierwszy wyjechałem do Indii, zaczęła się moja prawdziwa przygoda.

Pamiętasz, kiedy to było?

To był rok 2005. Wtedy naprawdę zakochałem się w tej kulturze, a przede wszystkim w muzyce, bo od dziecka jestem osobą śpiewającą, muzykalną i zawsze dźwięki najbardziej na mnie wpływały i wpływają. Muzyka indyjska ma w sobie taki rodzaj delikatności, ulotności, tajemniczości i absolutnie ten rodzaj ekspresji odpowiada mojej wrażliwości. Indie mocno we mnie wsiąknęły i do tej pory cokolwiek zrobię, cokolwiek zaśpiewam, to zawsze, albo prawie zawsze, „kawałek” Indii  przemycam.

Twoje pobyty w Indiach nie wiązały się jednak głównie ze zwiedzaniem kraju.

Prawie co roku jeździłem na okresy miesięczne, a nawet dwumiesięczne. Najwięcej czasu spędzałem na nauce śpiewu indyjskiego – dokładnie klasycznej ragi indyjskiej. Głównie uczyłem się na północy Indii w Waranasi u mojego mistrza – Anup Misra, któremu jestem wierny od lat. U niego zgłębiałem wiedzę i umiejętności związane z klasyczną muzyką indyjską. Zwiedzaniu oczywiście też oddawałem się w trakcie moich podróży, ale zawsze było ono na drugim miejscu. Jak na osobę, która była blisko 10 razy w Indiach, to naprawdę niewiele zwiedziłem, ale to tylko ze względu na to, że skupiałem się przede wszystkim na nauce i na praktyce śpiewu indyjskiego.

Z tą całą wiedzą, z którą zdobyłeś w Indiach, działasz i mieszkasz w Warszawie. Czy w Warszawie są dla Ciebie miejsca szczególne, związane z Indiami?

W Warszawie, poza kilkoma dobrymi restauracjami z kuchnią indyjską oraz klubami, w których można pobawić się do muzyki bollywoodzkiej, brakuje miejsc ściśle związanych z kulturą indyjską, jak np. centrum kultury indyjskiej. Oczywiście jest Muzeum Azji i Pacyfiku, ale tylko od czasu do czasu są tam organizowane wystawy związane z kulturą Indii. Są też okazjonalne imprezy – koncerty, pokazy tańca – w różnych miejscach na terenie miasta. W Warszawie istnieje kilka szkół tańca indyjskiego, i to nie tylko rozrywkowego, ale również klasycznego tańca indyjskiego: Kathak i Bharatanatyam. Kursy prowadzone są przez Polki, które kształciły się w Indiach. Są to miejsca, gdzie rzeczywiście można wejść bardziej w kulturę Indii, ponieważ można poznać nie tylko sam taniec, lecz także muzykę i różne obyczaje.

W niektórych miejscach na terenie stolicy są organizowane kursy języka hindi. Jest również  Wydział Indologii Uniwersytetu Warszawskiego, choć to miejsce elitarne, przeznaczone tylko dla studentów. Natomiast myślę, że najlepszym sposobem zaznajomienia się z  tradycyjną kulturą Indii są spotkania z Hindusami  w restauracjach indyjskich (kucharzami, kelnerami, gośćmi), gdzie poznaje się nie tylko smaki, ale i zwyczaje, a to już jest prawdziwe kulturowe doświadczenie i wejście w środowisko osób związanych z krajem. Dzięki takim znajomościom można np. być również lepiej informowanym o imprezach indyjskich, które są organizowane w Warszawie.

Michał Rudaś

Tak wyglądają koncerty. Fot. Czarli Bajka

 

Pomimo tego, że Indie nie mają swojego stałego miejsca w Warszawie, to w stolicy i zresztą w kraju jest jak najbardziej miejsce na Twoją twórczość. Co do tej pory okazało się Twoim największym sukcesem jeśli chodzi o realizację planów związanych z muzyką indyjską?

Moim największym sukcesem są dwie wydane płyty. Każda z nich jest inspirowana muzyką indyjską. Pierwsza jest zatytułowana „Shuruvath”. To słowo w hindi oznacza początek. Druga ma tytuł „Changing”. Na pierwszej znajdują się utwory śpiewane po polsku i w hindi, a na drugiej przeważają utwory w języku angielskim, ale też przewija się hindi, a nawet sanskryt, z którego hindi się wywodzi. Poza samym repertuarem płytowym, mam również repertuar koncertowy, w którym jest więcej utworów śpiewanych w hindi. Śpiewanie w tym języku od razu też powoduje, że inaczej używam głosu. Jest to nietypowy dla Europy sposób śpiewania, w którym jest mnóstwo ozdobników, oraz tzw. ćwierćtonów – rzadko spotykanych w muzyce europejskiej. Natomiast mój sposób śpiewania nie jest kopią śpiewu indyjskiego, tylko pewnego rodzaju fuzją zachodniego i indyjskiego stylu.

Jak Twoim zdaniem postrzegają Cię słuchacze, czy masz już grono swoich stałych fanów?

W mojej muzyce samo dodanie elementów indyjskich powoduje, że staje się ona niecodzienna. Znajomość muzyki indyjskiej jest w Polsce bardzo mała i według moich obserwacji przez to również moja muzyka jest spychana w pewną niszę. Wydaje mi się, że nie do końca słusznie, ponieważ śpiewam melodyjne i nieskomplikowane piosenki – często po polsku. To nie jest trudna w odbiorze muzyka, szczególnie na koncertach, które są bardzo energetyczne i na których bardzo otwieram się na ludzi. Jeśli chodzi o reakcje, to odbieram bardzo dużo pozytywnych sygnałów, natomiast widzę, że ludzie potrzebują więcej czasu, bo moja muzyka wymaga trochę większego zaangażowania emocjonalnego i refleksji, niż typowa muzyka popularna. Cieszę się natomiast, że  osoby, które do tej pory nie słuchały ani muzyki indyjskiej, ani etnicznej zaczęły się interesować takimi gatunkami dzięki mojej twórczości.

Na pewno mogę mówić o większym zasięgu mojej twórczości i większej rozpoznawalności w 2014 roku, a to na pewno dzięki mojemu udziałowi w programie The Voice of Poland, gdzie mogłem szerzej zaprezentować moje fascynacje muzyczne. Liczę, że dzięki temu powiększyła się moja grupa odbiorców dla moich kolejnych płyt i kolejnych nagrań.

W czasie Twojego koncertu można również posłuchać niestandardowych instrumentów i zobaczyć niecodzienny show.

Moje koncerty to przede wszystkim fuzja kultury zachodniej z indyjską, choć gram czasem koncerty z bardziej tradycyjną muzyką indyjską, np. w stylu ragi hindustani, czy qawwali, gdzie śpiewam do akompaniamentu tabli – tradycyjnego indyjskiego instrumentu perkusyjnego.   Od samego początku do dzisiaj występuje ze mną Bart Pałyga, grający na sarangi – smyczkowym instrumencie indyjskim, który jest nieodzowną częścią mojej muzyki. Również jeden z muzyków – Marcin Świderski gra na flecie bansuri, który jest typowym indyjskim fletem. Na moje koncerty  składają się zarówno popowo-jazzowe kompozycje okraszone indyjskim brzmieniem wymienionych wyżej instrumentów  oraz moim śpiewem w stylu india-fusion, jak i covery indyjskie w nowoczesnych aranżacjach.  Fuzja w muzyce to moja pasja, nie przepadam za czystością gatunku. Dzięki temu mogę trafić do odbiorcy, który poszukuje i lubi eksperymenty.   Myślę, że przede wszystkim gram dla ludzi Zachodu. Hindusi wprawdzie doceniają to, co robię, ale zauważyłem, że zdecydowanie bardziej moją muzykę przeżywają Polacy. Może dlatego, że większość tekstów jest po polsku oraz że wśród indyjskich fascynacji czuć moją słowiańską duszę?

Czy z bycia artystą i z realizacji własnego pomysłu na artystyczną ścieżkę można wyżyć?

Jeszcze nie wszedłem na taki etap swojej działalności muzycznej, że jestem w stanie wyżyć z własnej muzyki, ze sprzedaży płyt, czy z grania solowych  koncertów. Dlatego do tej pory pracuję przy innych projektach – jestem wokalistą Orkiestry Tomka Szymusia w Tańcu z Gwiazdami, Orkiestry Adama Sztaby, występuję gościnnie w różnych projektach, śpiewam chórki na festiwalach, piosenki do bajek. W zasadzie lubię tę pracę, ale nie przyjmuję każdej propozycji, nawet jeśli jest dobrze płatna.  Od lat utrzymuję się z muzyki i z własnego doświadczenia widzę, że trzeba być elastycznym, umieć się dopasować i mieć wiele furtek. Wszak niewielu artystów może utrzymać się tylko z jednego rodzaju działalności artystycznej.

Natomiast w moich marzeniach i planach chciałbym faktycznie zwiększyć proporcje mojej solowej działalności autorskiej w stosunku do tej coverowej.

Jakie zatem masz plany artystyczne na 2015 rok i na kolejne lata?

Mam bardzo konkretne plany na ten rok oraz ogólnie zarysowane plany na kolejne lata. Będą one związane przed wszystkim z nową twórczością. Aktualnie pracuję nad swoim trzecim albumem i jego premierę planuję na jesień 2015. Do tego czasu chcę zaprezentować 2 lub 3 single i teledyski, a pierwszy z nich już wczesną wiosną. Tym razem odejdę od inspiracji muzyką indyjską i zaprezentuję coś zupełnie nowego.

Ponadto mam już pomysły na kolejną płytę, ale ta się ukaże na pewno nie wcześniej niż pod koniec 2016 roku.