DSC_5447

Radosław Gajda: Od bloku nie ma ucieczki

11.05.2015

Tagi: architektura, blok, kamienica, odbudowa warszawy,

Powojenna odbudowa Warszawy ciągle budzi kontrowersje. Dokonane w czasie wojny zniszczenia i późniejsza odbudowa stworzyły miasto, w którego krajobrazie dominują bloki. Dlaczego nasze miasto zostało odbudowane właśnie w ten sposób? Czy od bloku rzeczywiście nie ma ucieczki? O architekturze stolicy i zmianach jakie w niej zaszły rozmawiamy z Radosławem Gajdą, architektem, mieszkańcem Ursynowa i autorem popularnego kanału „Architecture is a good idea„.

W ostatnich miesiącach jak bumerang wraca temat powojennej odbudowy Warszawy. Z jednej strony odzywają się miłośnicy starej i zwarto zabudowanej stolicy, zaś z drugiej obrońcy założeń, jakie przyświecały odbudowującym miasto po wojnie. Czy ta dyskusja jest czymś specyficznym dla Warszawy, czy wpisuje się w szerzy kontekst urbanistyczny czy architektoniczny?

Radosław Gajda: Idea rozluźnienia miasta pojawiła się dużo wcześniej w pracach architektów zachodnich, którzy widzieli, że bardzo gęsta zwarta zabudowa miejska, mająca może uzasadnienie ekonomiczne, jest przede wszystkim dużym problemem natury społecznej i higienicznej. W bardzo gęstej zabudowie pojawia się problem słabego doświetlenia skutkującego m.in. wilgocią, która ma bardzo negatywny wpływ na zdrowie mieszkańców i może prowadzić np. do gruźlicy. Ten problem jest nawet w obecnych czasach dostrzegalny w podobnie zabudowanych miejscach.

W zwartej, kamienicznej zabudowie do wielu mieszkań nie tylko nie wpada słońce, ale nie da się też ich przewietrzyć. Większość struktury urbanistycznej w Europie, a także w Warszawie, stanowiły budynki bez węzłów sanitarnych, co potęgowało problemy. W związku z tym, że Warszawa była twierdzą przed I wojną światową, zabudowa była niezwykle gęsta – stolica Polski była jednym z najgęściej zabudowanych miast w Europie. Dość powiedzieć, że na jedną izbę przypadały 4 osoby. Izbę, nie mieszkanie.

Tym problemom starano się już przeciwdziałać przed wojną?

Po odzyskaniu niepodległości Warszawa mogła się już bez problemu rozwijać przestrzennie, część problemów jednak pozostała. Na Powiślu na jedno łóżko przypadały ciągle dwie osoby. To były bardzo trudne warunki higieniczne. Widzieli to ówcześni architekci i to oni starali się zmienić rodzaj zabudowy i rozluźnić miasto.

Wpadli na rewolucyjny pomysł.

Tak, i tym rewolucyjnym pomysłem jest oczywiście blok mieszkalny. On wywraca dotychczasowy sposób myślenia. Pojawia się myśl, że światło, przestrzeń, łazienka to nie przywilej a prawo. Oczywiście ta koncepcja przez lata ewoluowała. Holandia była awangardą mieszkaniową i to tam poprzez architekturę starano się wpływać na kontakty społeczne. Wymyślono, że architektura może sprzyjać nawiązywaniu więzi sąsiedzkich. Tak zrodził się m.in. pomysł galeriowca, w którym stosunkowo mała przestrzeń łącząca różne mieszkania miała sprzyjać nawiązywaniu kontaktów przez sąsiadów i być przez nich wspólnie zagospodarowywana. Echem tego jest np. IV kolonia WSM Brukalskiego w Warszawie – jest tam i duży dziedziniec, galerie, klatki, miało być higienicznie i tak, by zachęcać ludzi do kontaktu.

DSC_5433

Kolonia IV na Żoliborzu i galerie we wnętrzu osiedla. Fot. TW

Przed wojną powstawały, więc nowe osiedla, ale miasto nie doczekało się wielkiej przebudowy.

Tak, to wszystko działo się nijako na marginesie zwartej zabudowy. Dopiero wojna i wszystkie związane z nią wydarzenia przyniosły niemal całkowitą zagładę zabudowy, jaką znali warszawiacy w latach 20-tych i 30-tych. To było ogromne wyzwanie, nie tylko dla architektów. Wszyscy pamiętali jak to miasto wyglądało, byli do niego przyzwyczajeni, ale z drugiej strony trzeba było mieszkańców jakoś pomieścić. Chciano przy tym zapewnić im lepsze warunki niż mieli wcześniej.

Co więcej kamienica kojarzona była z budynkiem stawianym tylko po to, by jej właściciel mógł zarobić. W nowym systemie sam typ budynku stał się symbolem kapitalizmu, wyzysku, gdzie najbiedniejsi mieli mieszkania w ciemnych studniach, a bogaci okazałe mieszkania wychodzące także na front. Kamienica była ucieleśnieniem tego, z czym komunizm chciał walczyć. Mamy kilka powodów, dla których postanowiono nie odbudowywać miasta, jak ono wyglądało.

Miasto było zniszczone, wielu właścicieli straciło życie, powrót do poprzednich warunków mieszkaniowych był niepożądany, a na wszystko nakładały się idee, które przyszły z nową władzą. Podjęto więc decyzję, że zrujnowane miasto w wielu miejscach zostanie do końca zburzone i zabudowane w nowy, modelowy sposób. Zresztą część architektów już w czasie wojny zastanawiała się jak odbudować miasto, chociaż wtedy nie zdawano sobie sprawy jak wielka będzie skala przedsięwzięcia. Wielu z nich myślało podobnie – chcieli dać mieszkańcom więcej przestrzeni, uczynić życie wygodniejszym.

Powstał MDM, czyli wzorcowe osiedle socrealizmu i, pierwsza część wielkiej osi socjalistycznej, która miała kończyć się tam, gdzie teraz jest Plac Defilad. To miała być swego rodzaju scenografia do nowego, socjalistycznego życia. To tędy miały później chodzić pochody pierwszomajowe. Samo osiedle miało być salonem dla robotników. Wykorzystano w nim wiele motywów antycznych kojarzących się raczej z władzą kapitalistyczną czy arystokratyczną. Chciano pokazać, również w warstwie symbolicznej czym różni się stare budownictwo od nowego.

SONY DSC

Studnie jednej z ocalałych warszawskich kamienic. Fot. TW

Same mieszkania na MDM nie są jednak zbyt duże czy wygodne.

W większości są to małe, ale funkcjonalne mieszkania. To jest dziedzictwo modernizmu, ale trochę na opak. Opakowane w ozdobny socrealizm zupełnie nie związany dotąd z architekturą modernizmu. To jednak to dziedzictwo sprawia, że każdy posiadał własną łazienkę i kuchnię, co zapewniało w porównaniu do warunków przedwojennych ogromną wygodę. Jeszcze kilkanaście lat wcześniej to uchodziło wśród zwykłych mieszkańców stolicy za luksus.

Warszawa może nam się bardzo podobać na starych, przedwojennych pocztówkach, ale zwróćmy uwagę, że to bardzo często są te same miejsce, te same kamienice. Sto metrów od Nowego Światu już nie było kanalizacji. Dla większości mieszkańców śródmieście nie było przyjemnym miejscem do życia – ludzie gnieździli się w małych i ciemnych pomieszczeniach, bez światła i kanalizacji. Nowe władze chciały pokazać, że mogą zapewnić lepsze warunki mieszkaniowe. Projektowano czerpiąc ze wzorów i rozwiązań modernistycznych, ale ideologia zabraniała mówić o tym wprost.

Odrębnym zagadnieniem była odbudowa części obiektów zabytkowych i samej starówki. Jeszcze przed wojną starówkę przebudowywano z myślą o wprowadzeniu wodociągów. Zastanawiano się też, czy nie byłoby możliwe odsłonięcie starych murów, na których, czy w oparciu o które powstała część budynków. Po wojnie zdecydowano się Stare Miasto odbudować tak, żeby pokazać jak wyglądało w starych średniowiecznych murach. Udało się przywrócić w niektórych miejscach gotyckie mury, detale, okna.

To była odbudowa ważna nie tylko z punktu widzenia Warszawy, ale i całego kraju. Miała pokazywać, że państwo się odradza. Mamy odbudowaną starówkę, z dostosowaniem do dzisiejszych potrzeb, ale odkryliśmy wiele faktów historycznych, których nie znaliśmy lub w ogóle nie poznalibyśmy.

Od modernistycznego bloku przeszliśmy jednak do wielkich blokowisk i takich osiedli jak to za Żelazną Bramą.

To był w pewnym sensie naturalny rozwój. Pierwsze 20 lat po wojnie to odbudowa zniszczonych obszarów i przywracanie miasta do życia. W latach 60 zmienia się jednak nieco sytuacja – socrealizm schodzi na dalszy plan, architekci znowu wzorują się na tym, co dzieje się na zachodzie. A tam spełnia się corbusierowska wizja superjednostek – wielkich bloków będących w zasadzie maszynami do mieszkania. Bloków tak dużych, że mogą pełnić funkcję dzielnicy. Całe miasto mogłoby się składać z takich wolnostojących dzielnic.

Taki blok mieszkalny wydawał się świetnym pomysłem. Ogromny budynek z lokalami usługowymi, wspólną dużą pralnią, suszarnią, przedszkolem, w którym każdy ma swoje mieszkanie i przestrzeń. Bloki miały być jak transatlantyki płynące po morzu zieleni. Luksus w bezmiarze zieleni. Nie zawsze jednak ta doktryna się sprawdzała – mamy lepsze i gorsze realizacje.

Największe realizacje warszawskie to są bardzo udane wcielenia w życie modernistycznych założeń, że jeżeli będziemy typizować to będziemy budować taniej i lepiej. Jeżeli stworzymy sobie typowego człowieka: średniego wzrostu, o średnich potrzebach i statystycznej rodzinie, a blok dostosujemy idealnie na jego potrzeb, to ten blok będzie pasował do dużej liczby osób. Raz zaprojektowany przyniesie oszczędności. Jeżeli wykonamy jeden element jak prefabrykat łazienkowy, to jego wyprodukowanie będzie szybsze niż budowanie każdej łazienki osobno.

Typizacja nie była jednak czymś nowym. Pojawiła się już w latach 20. i to wtedy powstały pierwsze bloki z wielkiej płyty. Osiedle „Za żelazną bramą” to przykład wcielenia w życie typizacji, ale jeszcze bez wielkiej płyty.

DSC_5458

Stare i nowe. Fot. TW

Zakładano, że jak wymyślimy stypizowanego człowieka to stworzymy typowe osiedle i wszyscy będą w nim zadowoleni. W stanach było podobnie tyle, że tam było wiele śmielszych rozwiązań. Pojawił się pomysł, żeby windy, zatrzymywały się tylko na wybranych piętrach, na których działałyby żłobki czy inne miejsce publiczne. Te piętra i korytarze miały być jak ulice małego miasteczka. U nas tak daleko idących eksperymentów nie było, ale nie obyło się bez błędów.

Jak ocenia Pan warszawski Ursynów?

Tak się składa, że jestem jego mieszkańcem. Kiedy się tam sprowadzałem często słyszałem, że jest on betonową pustynią. Moim zdaniem tak nie jest, szczególnie teraz, kiedy zabudowa wzdłuż al. KEN została zagęszczona, cała aleja stała się bardziej reprezentacyjna i niejako oddzieliła osiedla położone w głębi. Od strony głównej ulicy mamy budynki z funkcjami usługowymi, ale stojące dalej bloki i przestrzeń wokół nich jest także dobrze zaprojektowana. Zieleń już obrosła i jest niemal wszechobecna. To jest bardzo bliskie ucieleśnienia idei lądowych transatlantyków i to wielu mieszkańcom się podoba. Praktycznie przez całą dzielnicę można przejść idąc parkiem. To pokazuje, że nie wszystkie osiedla należy wrzucać do nacechowanego negatywnie worka „blokowisko”. Poza tym prawda jest taka, że od bloku nie ma ucieczki.

To znaczy?

Nie ma i raczej już nie będzie takich projektów jak Ursynów czy Bemowo, ale od osiedla mieszkaniowego złożonego z mniejszych czy większych bloków nie możemy odejść. To jedyny rodzaj zabudowy, który gwarantuje zasadną ekonomicznie gęstość zaludnienia przy jednoczesnym komforcie mieszkania. Osiedla domów jednorodzinnych generują ogromne koszty np. związane z zapewnieniem mediów czy infrastruktury transportowej na ogromnym obszarze. Nikogo nie stać na zapewnianie im sprawnej komunikacji publicznej – to rozwiązanie, które sprawdza się w małej skali. Zostają osiedla i bloki.

Sama koncepcja, zakładająca istnienie klatki, z której wchodzi się do mieszkań, poukładanych jedno nad drugim to jedyne rozwiązanie. Dzięki niemu ludzie żyją w społeczności na tyle dużej, że zasadne jest prowadzenie kanalizacji, komunikacji, każdego rodzaju infrastruktury od dróg a na szkołach i szpitalach kończąc.

DSC_5472

Typowe, bemowskie bloki po styropianizacji. Fot. TW

Czyli na blok jesteśmy w takiej lub innej formie skazani?

Tak. Moim zdaniem to lepsze rozwiązanie niż kamienica, bo w bloku jednak każdy ma podwórko, dostęp do światła i powietrza. Wielu warszawiaków nie miało nigdy okazji żyć w kamienicy ze studnią i nie ma pojęcia jak bardzo niewygodne jest to rozwiązanie.

Warszawa pomimo tego ciągle się rozlewa. Wiele osiedli powstaje na jej obrzeżach. W centralnej części miasta pozostało jednak wiele niezagospodarowanych obszarów. Czy są jakieś rejony, które wymagają szczególnej uwagi?

Tych miejsc jest bardzo dużo, ale z całą pewnością najbardziej w oczy rzuca się Plac Defilad. Nie będzie go jednak łatwo zapełnić. Pałac Kultury nie jest skorelowany z otoczeniem, nieopodal biegnie linia średnicowa, a my nadal nie mamy prawa warstwowego. To trudne miejsce do zabudowy, a z biegiem lat nie będzie łatwiej. Centrum biznesowe przesuwa się na Wolę, gdzie w planach są kolejne, wręcz absurdalne liczby wieżowców. Przenoszenie jądra miasta na zachód jest widoczne. To stawia kolejne wyzwania.

Czy władze będą w stanie znaleźć nową koncepcję dla Placu Defilad, skoro mogą być trudności ze znalezieniem chętnych do wznoszenia biurowców? To oczywiście można regulować za pomocą planów miejscowych. Miasta w Polsce nie potrafią jednak tego robić. Radni nie mają świadomości lub z jakiś względów nie chcą korzystać z tego narzędzia.

To problem braku wiedzy?

Nikt nie oczekuje, że każdy radny będzie architektem czy urbanistą. Problemem jest brak świadomości, że rozwój miasta można kształtować, że są do tego stosowne narzędzia i ludzie, którzy umieją je wykorzystać. Rozmieszczeniem i rodzajem zabudowy można sterować, np. poprzez określenie maksymalnej wysokości budynków, ich powierzchni, planowanych funkcji.

Czy to właśnie ze względu na brak wiedzy o architekturze zdecydował się Pan założyć kanał „Architecture is a good idea”?

Po części tak. Pracowałem na Politechnice Warszawskiej, gdzie wykładałem historię architektury i historię sztuki. Zajęcia chyba podobały się studentom. Część z nich sugerowała wrzucanie nagrań z wykładów do internetu, ale taka forma nie wydała mi się atrakcyjna. W końcu udało się przygotować pierwszy filmik, w którym opowiadam o tym, skąd wziął się blok – obejrzało go już ponad 20 tys. internautów, a sam kanał subskrybuje teraz ponad 7 tys. osób. Staram się przekazywać wiedzę, o tym jak można poprawić życie w mieście i jak dobry design i projektowanie mogą pozytywnie wpływać na nasze życie.

Mam wrażenie, że to się jednak w ostatnim czasie zmieniło. Coraz więcej osób interesuje się tematyką miejską. Jest coraz więcej oddolnych, lokalnych inicjatyw. 

Zainteresowanie miastem jako takim jest chyba rzeczywiście coraz większe. Byłoby fajnie gdyby to przełożyło się na ogólny wzrost świadomości. Na razie wiedza na ten temat nie jest dostępna w szkołach. Są zajęcia ze środowiska, ale w wielu przypadkach odnoszą się one jedynie do środowiska naturalnego, a nie miejskiego, które dla milionów jest jednak bliższe. Brakuje mi pokazywania tego, że środowisko miejskie, kulturowe to też jest wartość, że to co zbudowaliśmy, a nie dostaliśmy od natury, również wymaga zrozumienia. Dotyczy to także procesów, które ukształtowały powojenną Warszawę.