grunt-mejer

Rowerem przez Europę pięcioosobową rodziną? Da się!  

28.01.2015

Tagi: dziecko, rower, turystyka, wakacje, warszawa,

Ma bardzo silne przekonanie o tym, że przemieszczanie się rowerem po mieście służy wszystkim uczestnikom ruchu i działa nawet tu, w Warszawie. Dlatego niezależnie od tego, czy za oknem wciąż leje, czy panuje mróz sięgający 30 stopni, wrzuca dwójkę bliźniaków do rowerowej przyczepki i odwozi do pobliskiego żłobka. Jego nastoletni już syn na rowerze do szkoły jeździ sam. Bo lubi. Również wtedy, gdy warszawskie chodniki pokryte są grubą warstwą śniegu.

Jacek Grunt-Mejer jest psychologiem transportu znanym w stołecznym środowisku miejskich aktywistów jako ten, który walczy o prawa pieszych (autor bloga „Strefa Piesza”) i przyszłość ulicy Targowej (która po budowie II linii metra miała spore szanse na to, by stać się odpowiednikiem Krakowskiego Przedmieścia, tyle że po praskiej stronie). Razem ze swoją rodziną co roku, na rowerach załadowanych sakwami, przemierza tysiące kilometrów, zwiedzając Europę Zachodnią. Gdyby infrastruktura na to pozwalała, pojechałby i dalej. I nie wyklucza, że tak się stanie. Jak tylko dzieciaki dorosną.

Kilka lat temu wspólnie z „Zielonym Mazowszem” zorganizowaliście serię spotkań dla rodziców dzieci z warszawskich szkół podstawowych, by zatroszczyć się o bezpieczną drogę do szkoły. Udało się?

Jacek Grunt-Mejer: Wiele z tych rzeczy, nad którymi pracowaliśmy wówczas, w 2012 roku, udało się już zrealizować. Pamiętam, że dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że rodzice tak sprawnie wskazywali miejsca, które ewidentnie wymagały poprawy w zakresie bezpieczeństwa właśnie. Potrafili spojrzeć na problem z perspektywy dziecka i mieli masę pomysłów na to, jak rozwiązać trudne sytuacje. Gdzie postawić azyl, gdzie potrzebne są pasy dla pieszych, a gdzie można zawęzić pasy ruchu na jezdni. Taka zmiana perspektywy służy temu, żeby wyjść ze skóry kierowcy i zobaczyć, jak mogłoby wyglądać miasto przyjazne wszystkim uczestnikom ruchu. Bo przecież dzieci tych kierowców chodzą do szkoły i na pewno zależy im na tym, by mogły do niej bezpiecznie dotrzeć.

Chodzą, czy też raczej… są podwożone?

To zależy od dzielnic i tego, gdzie ludzie faktycznie mieszkają. Na Pradze wiele dzieci jest odprowadzanych, ale to specyficzna dzielnica, ze zwartą zabudową, nie ma tu grodzonych osiedli, jest za to sporo szkół i przedszkoli, czego nie można powiedzieć np. o Białołęce. Poza tym kierowców odstraszać mogą też wąskie uliczki, na których ciężko znaleźć miejsce do parkowania. To nie tak jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie wejście do szkoły położone jest tuż przy olbrzymim parkingu, bo nikt nie myśli o tym, że można by dzieciaka puścić do szkoły np. rowerem.

Masz jakiś pomysł, jak zorganizować taką akcję promocyjną, by zachęcić rodziców do odprowadzania dzieci do szkół pieszo, bądź podwożenia ich rowerem?

Mówić do nich językiem korzyści. Pokazać, co na tym zyskają. Mam taki przykład z konsultacji społecznych przy okazji pomysłu utworzenia strefy „tempo 30” na Muranowie. Idea została źle sprzedana i ludzie burzyli się, gdy słyszeli o ograniczaniu ich wolności. Podczas gdy można było pokazać, że wprowadzenie takiej strefy to dla nich eliminacja ruchu tranzytowego, a więc likwidacja korków, bo mieszkańcy sami ich na taką skalę nie są przecież w stanie wygenerować.

DSC_0084

Cała rowerowa rodzina w komplecie. Fot. Archiwum Prywatne

Trudno mówić językiem korzyści o rezygnacji z samochodu do kogoś, kto dziecko do przedszkola dowozi z drugiego końca miasta.

I dla mnie to jest okej, że on to dziecko dowozi. Ale to pojedynczy przypadek. Rozumiem takie sytuacje. Jednak to jedno, dwójka dzieci na klasę. Pozostałe dwadzieścia mieszka zazwyczaj blisko i może iść samo do szkoły. Albo pojechać do niej rowerem.

Ale „Warszawa to nie wieś, żeby po niej rowerem jeździć”. Takie myślenie o mieście wciąż dominuje?

To zdanie, które rzecznik prasowy Zarządu Dróg Miejskich wygłosił wiele lat temu. Od tego czasu wiele się zmieniło. Na przykład postrzeganie roweru jako środka transportu tylko dla biednych. Dużo dobrego w tej kwestii zrobiło Veturilo. No i jeżdżąc po mieście można już zobaczyć znaczącą zmianę. Dziesięć lat temu, kiedy jechałem do pracy na rowerze, z widzenia znałem wszystkich rowerzystów mijających mnie po drodze. W tej chwili jest tak, że masy tych rowerzystów nie znam, nawet jeżdżąc zimą. Jest też masa rowerów poprzypinanych gdzie popadnie, przy ulicy. Myślę, że to idzie w dobrym kierunku.

Wróćmy na moment do jeżdżenia z dziećmi. W 2011 roku w rozmowie z Magdaleną Stopą przyznałeś, że kiedy jedziesz z dziećmi w przyczepce przez Warszawę, budzisz pewne zdziwienie otoczenia, a zimą wręcz protesty. Mamy 2015 rok, moje osobiste doświadczenie pokazuje, że niewiele się w tej kwestii zmieniło…

Przyczepka jest u nas wciąż nowością. Zaczęliśmy jeździć z Jasiem dziewięć lat temu i wtedy jeszcze przyczepki w Polsce były nielegalne. Dopiero w 2011 roku weszła zmiana przepisów, która tę kwestię uregulowała. Pamiętam nasz pierwszy wyjazd na miasto z przyczepką, gdy zatrzymała nas policja i byliśmy nieco przestraszeni, zdając sobie sprawę, że korzystamy z niej wbrew prawu. Tymczasem panowie policjanci zatrzymali nas tylko po to, by spytać, gdzie coś tak fajnego można kupić.

A te zimowe protesty?

To z bliźniakami, kiedy odwoziłem je rowerem do żłobka oddalonego od domu jakieś 1,5 km. Pamiętam straszne zimy, kiedy temperatura sięgała -30 stopni. Inni rodzice dziwili się wówczas, jak można w takiej temperaturze wozić dziecko w przyczepce. A ja zastanawiałem się, jak można inaczej? Wózka przecież nie da się osłonić tak jak przyczepki, która jest szczelnie zamykana. Zatem dziecku w takiej przyczepce jest w gruncie rzeczy dużo cieplej, niż w wózku. A do tego rowerem jestem znacznie szybciej na miejscu. Zazwyczaj kiedy przedstawiałem zdziwionym osobom mój punkt widzenia, wówczas to do nich docierało. Ich uwagi zazwyczaj były po prostu nieprzemyślane.

IMG_7949bbb

Bohater artykułu na wakacjach z dziećmi. Fot. Archiwum prywatne

Jeździcie też z dziećmi co roku na rowerowe wyprawy po Europie Zachodniej. Dlatego, że tam jest dobra infrastruktura do jeżdżenia rowerem – jak rozumiem?

Tak, całe Niemcy, Francja, Holandia czy Austria to są miejsca, w których czuję się bezpiecznie, jadąc tam na rowerową wyprawę pięcioosobową rodziną. Jasiek, starszy syn, jeździ sam i nigdy nie zdarzyła się sytuacja, która wzbudziłaby mój niepokój. Nawet jeśli w jakimś miejscu brakuje odpowiedniej infrastruktury, to mamy do czynienia z bardzo uważnymi, kulturalnymi kierowcami. Tego nieco brakuje w naszym kraju. Poza tym cały zestaw – rower ze mną i sakwami, przyczepka z dziećmi i bagażem waży około 180 kg Przy takim obciążeniu jakość nawierzchni ma niebagatelne znaczenie.

Jak wygląda wasz dzień w podróży?

Wstajemy o dziewiątej, na miejsce docieramy koło dziewiętnastej. Ale to nie jest tak, że przez cały czas jedziemy. To, co przekonuje nas do podróżowania po zachodnich krajach to również masa infrastruktury dla dzieci przy drogach rowerowych. Można się zatrzymać na placu zabaw i chwilę odpocząć, pobyć razem i ruszyć dalej.

Nie wiem, czy ucieszyłabym się na widok licznych placów zabaw przy drodze rowerowej, bo znając moją córkę, przystanki trzeba by było zaliczyć na każdym…

Wiem o czym mówisz! Każdy kolejny plac zabaw ma fajniejszą rzecz od tego poprzedniego i trudno wytłumaczyć, że teraz nie ma czasu, żeby się zatrzymać. Więc czasem to może być trudne ale umówmy się, że nie jest niewykonalne. W podróżowaniu z dziećmi bardzo ważną rzeczą jest elastyczność. Nie mamy twardo założonych dystansów, celów nie do nagięcia. Założenie jest takie, że wakacje są dla nas wszystkich, w tym dla dzieci, których potrzeby nie zawsze są takie, jak nasze. Dużo czasu poświęcamy więc na wspólną zabawę właśnie na takich placach, zwiedzanie, jedzenie. W gruncie rzeczy z dziesięciu godzin aktywności, jakieś cztery poświęcamy faktycznie na jazdę. Jesteśmy wówczas w stanie pokonać około 50 km.

DSC_0178mmm

Na trasie w Niemczech. Fot. Archiwum prywatne

Kiedyś usłyszałam, że jeżdżenie z dziećmi na rowerowe wakacje jest nierozsądne, bo co, jeśli w polu złapie cię ulewa?

W przyczepce nie ma opcji, żeby dziecko zmokło. A Jasiek, który jeździ już sam, ma po prostu pelerynę, tak jak my. Rzadko jest tak, żeby lało cały czas. Ale kiedy zdarzają się naprawdę silne ulewy, po prostu jesteśmy elastyczni i zostajemy w jednym miejscu nieco dłużej, by przeczekać deszcz. Na przykład u jakiegoś sympatycznego couchsurfera.

Couchsurfing z pięcioosobową rodziną? To możliwe?

Couchsurfing to stały element naszych wypraw i nigdy nie było z nim większych problemów. Co więcej, ludzie bardzo chcą nas przenocować. Sami nas zapraszają, są ciekawi tego, kim jesteśmy. Dużo zależy oczywiście od trasy, którą pokonujemy, ale jeśli wiedzie ona przez większe ośrodki, jak np. Dusseldorf, Koln, Bonn czyli szlak wzdłuż Renu, z couchsurfingiem nie ma najmniejszego problemu. Nawet w pięć osób. Podróżując w ten sposób, pokonaliśmy już dużo ponad 5 tysięcy kilometrów.

Jest szansa na to, żeby taka rowerowa kultura i otwartość na rowerzystów zawitała kiedyś w naszym kraju? Żeby i tu ludzie chętnie przyjeżdżali na rowerowe wyprawy, np. wzdłuż Wisły?

Moje osobiste doświadczenie mówi mi, że wiele można zdziałać przez przykład. Kiedy przesiadałem się na rower, byłem jedyną osobą w bloku, która w ten sposób porusza się po mieście. Dziś w rowerowni, którą w międzyczasie mieszkańcy, bez mojej ingerencji, sami sobie zorganizowali na dole, parkuje około 20. rowerów. Mam takie poczucie kiedy wsiadam na rower, że może zauważy mnie w trasie jakiś sąsiad, który wybrał samochód i stojąc w korku pomyśli: „to nie działa, bo on mnie wyprzedził, mimo że przecież rower miał być wolniejszy!”.

Korki mogą działać na wyobraźnię…

Chodzi o zmianę myślenia i spojrzenie na miasto z nieco innej perspektywy. Inspirują mnie doświadczenia holenderskie, bo tam też początkowo nie było łatwo i kiedy burmistrz Groningen wiele lat temu zdecydował o zamknięciu centrum miasta dla aut, to jego decyzja spotkała się z dużym oporem i po mieście przez jakiś czas musiał chodzić z ochroną. Wierzę w to, że u nas można osiągnąć ten sam efekt – przestrzeni wolnej od samochodów, ale inną drogą. Poprzez ewolucję, nie – rewolucję. I to już powoli się dzieje.