fot. Tadeusz Baranowski

W Warszawie brzęczy. Wszystko za sprawą Miejskich Pszczół

11.01.2015

Tagi: Jazdów, miód, pszczoła, ul, warszawa,

Jazdów to wyjątkowe miejsce na mapie Warszawy. Drewniane fińskie domki wyraźnie odcinają się od architektury dominującej w centrum stolicy. W ogrodzie jednego z takich domków swoje miejsce znalazły miejskie pszczoły. Sprowadził je tu Wiktor Jędrzejewski, w wąskim gronie pszczelich freaków zwany guru miejskiego pszczelarstwa. Sam o sobie mówi skromnie, że jest zwykłym pasjonatem, który wciąż się uczy. I ma nadzieję stworzyć w tym miejscu pszczelarską mekkę. Po co? O tym przeczytacie w rozmowie, którą publikujemy poniżej.

Pszczelarstwo miejskie ma ponoć bogate tradycje w miastach zachodnich. Jak to wygląda w Polsce?

Wiktor Jędrzejewski: To nie tyle tradycja, co zmiana pokoleniowa. Jeśli chcemy mówić o miastach w Polsce, w których tradycyjnie hoduje się sporo pszczół, to na pierwszym miejscu należy wymienić Łódź. W tej Łodzi jednak miejskie pszczelarstwo to  domena starszych osób, zwykle na  emeryturze, które swoje pszczoły hodują w ogródkach działkowych położonych na obrzeżach miasta. A miejskie pszczelarstwo w miastach zachodnich to ruch ludzi młodych. Ci warszawscy pszczelarze w zasadzie mają więcej niż 40 lat. 20-30 lat temu hodowla pszczół opierała się w Polsce na  pasjonatach, którzy pod domem na wsi trzymali po 2-3 ule. Dziś ci pasjonaci są coraz starsi i często nie mogą już dłużej hodować pszczół. Zmiany demograficzne sprawiają zaś, że jeśli chcemy szukać nowego pokolenia tych pasjonatów, to musimy to robić przede wszystkim w miastach. Dziś trzeba zachęcać młodszych mieszczuchów do tego, żeby przejęli to, co kiedyś robili ich dziadkowie, bo im do realizowania pszczelarskiej pasji brakuje zwyczajnie już siły.

Mieszczuchów? A dlaczego nie ludzi ze wsi?

To demografia sprawia, że na wsi nie ma już tak wielu młodych osób, które można zachęcać do amatorskiej hodowli pszczół. Na wsi mamy duże gospodarstwa pasieczne, małe fabryki miodu i równocześnie coraz mniej indywidualnych osób, które chcą hodować amatorsko pszczoły na własne potrzeby. Naszą odpowiedzią na ten problem jest szukanie młodych pasjonatów właśnie tu, w Warszawie, czy innych polskich miastach.

A Ty jesteś pszczelarzem z tradycjami?

Jestem z typowo warszawskiej, mieszczańskiej rodziny. W konwencji tradycyjnego hodowania pszczoły, gdzie trzeba mieć kawałek sadu, pole, dom i dwa ule schowane pod płotem moja rodzina zapewne nie miałaby na to ani miejsca, ani czasu.

To jak to się stało, że zostałeś pszczelarzem?

Jak z każdą typową pasją – kilka lat temu przeczytałem jakąś książkę, obejrzałem film i zainteresowałem się tematem. Początkowo głównie była to fascynacja społecznym życiem pszczoły  to jeden z niewielu gatunków innych niż człowiek, który ma tak rozbudowane mechanizmy społeczne, komunikacyjne, związane ze zbiorowym podejmowaniem decyzji. Nieco później trafiłem na teksty i relacje mówiące o tym, że można pszczoły hodować w mieście. Mogłem oczywiście ograniczyć się do cichej hodowli na własną rękę, ale mam taki temperament, że lubię działać w grupie ludzi i robić rzeczy, które służą też innym.

Założyłeś więc Miejskie Pszczoły i postanowiłeś otworzyć pszczelarską przestrzeń na Jazdowie dla wszystkich?

Może nie tyle otworzyć, co uchylić nieco furtkę. Zaskakujące było to, że pojawiło się bardzo dużo osób zainteresowanych tematem, dla niektórych w naszym skromnym ogrodzie po prostu nie starczyło miejsca. To wyzwanie na ten rok – zorganizować się tak, aby móc pomóc każdemu, kto chce w Warszawie hodować pszczołę miodną. Mamy kilka kwestii do rozwiązania i wymyślenia, bo docelowo chcemy, aby ta przestrzeń była bardziej otwarta.

Nie byliście przygotowani na tak duże zainteresowanie?

Faktycznie. Uli mieliśmy przygotowanych dziesięć, ale zainteresowanie warszawiaków tym, żeby czegoś nowego się nauczyć było spore i w sumie zgłosiło się do nas niemal 80 osób. Dziś kontakt mamy z mniej więcej połową tej grupy. To trudne wyzwanie, żeby to nasze edukacyjne miejsce otworzyć szerzej, bo pszczoła jest takim zwierzakiem, który potrzebuje opieki bardziej indywidualnej. Trudno tu wprowadzić model warsztatu, gdzie przychodzi, powiedzmy, 20 osób i ogląda ul. Oczywiście można to naciągać i robić masowo, ale to nie służy pszczołom. Więc ta furtka musi być choć trochę przymknięta.

fot. Tadeusz Baranowski

Pszczele domki na Jazdowie. Fot. Tadeusz Baranowski

 

A teren, na którym trzymacie swoje ule?

To dzieło przypadku. Pierwotna idea była taka, żeby zaklepać w Warszawie przynajmniej trzy dachy. Jeden dach budynku publicznego, drugi budynku mieszkalnego, trzeci biurowego. Chcieliśmy na takich przykładach pokazać, że da się to bezpiecznie robić. Szybko okazało się, że to nie będzie łatwe. Często rozmowa kończyła się tak, że ktoś wyciągał regulamin porządkowy i mówił, że to wbrew przepisom. I miał rację. Teraz te przepisy są już rozluźnione, ale nie kończy to problemów. Dachy są trudnym miejscem, bo jeśli myślisz o dachu swojego bloku to w tle występuje wspólnota mieszkaniowa, która zwykle jest bardzo trudnym partnerem do rozmowy. Budynki mieszkalne są pozamykane przez specyfikę własności, która dominuje w Warszawie. Nie wystarczy pójść do jednego człowieka i przekonać go, że pszczoły na dachu są okej, bo w rzeczywistości zderzasz się ze zbiorowością, jej uprzedzeniami, obawami i trudno to przeskoczyć. Działałem na Jazdowie w innych obszarach. Pomysł na to, żeby tutaj postawić ule pojawił się więc naturalnie.

Tak więc udało się na Jazdowie. Czy tylko tutaj?

Nie tylko. Mamy ule na dachu szkoły na Muranowie, w Królikarni, na dachu jednego, dość specyficznego budynku mieszkalnego. Udało się, ale nie dokładnie tak, jak to sobie to pierwotnie zaplanowaliśmy.

Dużo czasu zajmuje ci opieka nad pszczołami?

Pszczoła wymaga regularności, ale równocześnie niezbyt dużych nakładów pracy. Oczywiście, jak masz dwieście uli i na masową skalę produkujesz miód, to tej pracy jest więcej. Ale kiedy jesteś pszczelarzem pasjonatem z 2-3 ulami, to jest to bardzo mało czasochłonne. Tak naprawdę wystarczy, że raz na tydzień zajrzysz do tych pszczół, przy czym nawet samo zaglądanie też nie zabiera wiele czasu. My w zeszłym roku poświeciliśmy dużo więcej czasu nie na pszczoły, tylko na kwestie formalne, administracyjne. Spotkaliśmy na swojej ścieżce urzędników przyjaznych, ale też takich, którzy bardzo próbowali utrudnić nam działanie. Wiele nas to nauczyło. Mamy dzięki temu dużo więcej doświadczenia i wstępny plan, który chcemy wcielić w życie.

I jak on wygląda?

Wszystko jeszcze omawiamy, musimy dokładnie przedyskutować, uzgodnić, ustalić, ale mogę powiedzieć dziś o tym, co ja sam mam w głowie. Pierwsza rzecz to zaproszenie drugiej grupy, która mogłaby się uczyć pszczelarstwa na Jazdowie. Drugi pomysł wiąże się z uruchomieniem warsztatów dla ludzi z zewnątrz, którzy chcieliby nieco liznąć temat, nie wchodząc w głębokie szczegóły techniczne. Trzecia rzecz to uregulowanie naszej działalności na poziomie organizacyjno-finansowym. Na Jazdowie mamy dziś tyle pszczół, że w przyszłym roku przyniosą one około półtorej tony miodu. To duże wyzwanie logistyczne. Chciałbym połączyć otwartość tego miejsca z czymś w rodzaju kooperatywy czy spółdzielni i zająć się sprzedażą tego miodu.

Jest również dom pszczelarza, przy którym masz plan nieco pomajsterkować?

I to właśnie ostatni cel, który sobie wyznaczyłem. Udało nam się przejąć ten teren od miasta, na krótkoterminowy okres, ale walczymy o więcej. Stoi tam drewniany domek fiński – dziś opuszczony. Obecnie próbujemy podłączyć do niego prąd, sam domek jest w fatalnym stanie i żeby nie zgrzybiał kompletnie, trzeba zadbać m.in. o ogrzewanie. Moim marzeniem jest otworzyć tu kawiarnię z miodem w wszelkich postaciach. Ciasto na warszawskim miodzie, kawa z miodem, napoje na miodzie hodowanym w ogrodzie obok. Dzięki tej działalności możliwe byłoby finansowanie naszych działań. Oprócz tego potrzebujemy też sprzętu technicznego, np. wirówki, którą chcielibyśmy udostępniać wszystkim warszawskim pszczelarzom. To absurdalnie droga rzecz dla osoby, która pszczoły hoduje hobbystycznie, ale bardzo ułatwiająca życie każdemu, kto chce z pszczelich plastrów wyciągnąć świeży miód.

Podobno pszczołom w mieście żyje się lepiej, bo nie stosuje się tu pestycydów i nawozów sztucznych. Co innego na wsi…

Pestycydy, środki ochrony roślin, źle wykonywane opryski to wielki problem na wsi. W mieście nie istnieje. Jednak pszczoła ma wiele więcej „kłopotów” niż tylko to. Na przykład na dużą skalę problemem okazują się pasożyty. Pasożyty, z którymi jeszcze nie tak dawno pszczoła w ogóle nie miała do czynienia. Zdaniem niektórych sami przysporzyliśmy pszczole tych kłopotów, które dziś ma. Ostatnich sto lat to czas wielkich zmian w hodowli pszczoły. Zmian często korzystnych, zaś często wskazywanych jako źródło problemów. Okazuje się bowiem, że za dużo grzebaliśmy przy pszczołach, ich genotypie, ich zachowaniach, sposobie budowania przez nie komórek i plastrów i teraz ponosimy tego konsekwencje. Problemy pszczół to nie jest tylko kwestia rolnika, który źle stosuje chemiczne środki ochrony roślin, ale wszystkich tych zabiegów, które poczyniliśmy przez lata, by pszczołę zmienić. Owszem, udało się osiągnąć wiele różnych celów – dziś pszczoła jest dużo łagodniejsza i większa niż kiedyś, przez co przynosi więcej miodu, niektórzy jednak twierdzą, że przy okazji jest ona również mniej odporna od tej, która żyła na naszej planecie jeszcze sto lat temu. Porównując dzisiejszą pszczołę miodną z taką sprzed 100 lat bylibyśmy zdziwieni.

Kiedy wyginie pszczoła, rodzajowi ludzkiemu pozostaną już tylko cztery lata życia – powiedział ponoć kiedyś Einstein. To wizja, która ma szansę się spełnić?

Na pewno, jeśli znikną pszczoły, świat bardzo się zmieni. Pytanie, czy to zmiana, której sobie życzymy. Są  na świecie takie obszary, gdzie tych pszczół już nie ma. Mamy więc laboratorium, w którym możemy obserwować, jak świat bez pszczół funkcjonuje. Chiny w czasach Mao nieco przesadziły z chemią rolniczą i w niektórych swoich regionach wybiły pszczoły w sposób całkowity. Dziś więc nie ma tam pszczół, nie ma też ptaków, które żywią się owadami, a tłumy Chińczyków maszerują co roku do sadów z pędzelkami, by ręcznie, kwiat za kwiatem zapylać drzewa owocowe. Można więc i tak poradzić sobie z problemem wymierania pszczół. Pytanie tylko, czy taki scenariusz chcemy realizować.


Wiktor Jędrzejewski – na co dzień prowadzi kultową warszawską knajpę – Państwomiasto. Jest przewodniczącym Projekt: Polska – ogólnopolskiej organizacji i środowiska gromadzącego ludzi, którzy chcą uczestniczyć w życiu publicznym przyczyniając się do budowy Polski otwartej, gotowej do podjęcia wyzwania szybkiej modernizacji. Od niedawna jest również miejskim pszczelarzem.