DSC_0116

Wisła jak rzeczny Mount Everest

11.03.2015

Tagi: fundacja, Powiśle, ruch społeczny, Wisła,

Przez ostatnie czterdzieści lat Warszawa odwracała się od Wisły, zapomniano o płynącej przez miasto rzece. Od lat 70. kiedy faktycznie ustała rzeczna żegluga, mało kto się nią interesował. Przemek Pasek, prezes fundacji Ja Wisła postanowił tę sytuację zmienić. O potencjale tej rzeki i marzeniach o wielkiej, wiślanej żegludze rozmawiamy z człowiekiem, który dziesięć lat temu postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i przywrócić rzece życie. Czy mu się to udało?

W tym roku mija 10 lat istnienia fundacji Ja Wisła. Może warto zacząć od tego, jak to się wszystko zaczęło?

Przemek Pasek: W tamtych czasach, kiedy startowaliśmy z naszymi działaniami, Port Czerniakowski był największą miejską doliną, wysypiskiem butelek, strzykawek, miejscem, w którym spotykała się cała warszawska mafia. Zdecydowanie nie było tam bezpiecznie. Wyłowiłem barkę z dna rzeki i wraz z grupą znajomych zupełnie spontanicznie postanowiliśmy organizować na niej różne offowe imprezy: koncerty, teatry, pokazy filmów. Właśnie w tym porcie. To się dość szybko rozrosło do tego stopnia, że przestałem ogarniać, kiedy co weekend na naszych imprezach pojawiało się 200-300 osób. Ludzie pytali: co to za miejsce? I wtedy dotknąłem tematu, który do tej pory skrywał się za taką kotarą – była nim właśnie rzeka w mieście, wówczas swoista terra incognita dla Warszawy.

PRZEMEK PASEK fot ULA WALASZEK

Przemek Pasek. Fot. Ula Walaszek

Sformalizowaliście więc swoją działalność i po utworzeniu fundacji miasto znalazło fundusze, by wspierać wasze działania.

To też nie było takie proste, bo początkowo wszelkie próby dobicia się do miasta kończyły się porażką. Słyszeliśmy, że mamy dobry pomysł, ale brakuje nam kompetencji. Jako pierwsze na nasze próby zwrócenia uwagi na rzekę w mieście odpowiedziało Biuro Kultury, które zaczęło ogłaszać konkursy na działania związane z tym terenem. W 2005 roku złożyliśmy pierwszy wniosek i otrzymaliśmy 5,5 tys. zł na projekcje filmów pod Mostem Łazienkowskim. Zrobiliśmy tam plażę, rozstawiliśmy ekran… i tak to się zaczęło. Spod mostu zniknęli gangsterzy, a zaczęli pojawiać się studenci. W tym samym roku, przy wsparciu Biura Promocji Miasta, zorganizowaliśmy też imprezę Big Jump – wielki skok do Wisły. W tych czasach ludzie pukali się w głowę, bo nikt nie odważyłby się w tej rzece nawet zamoczyć nogi. Obie imprezy bardzo się udały, czego skutkiem było to, że co roku na realizację naszych działań dostawaliśmy coraz więcej pieniędzy. Ja to odbieram tak, że to był sposób wyrażania zaufania miasta do naszej fundacji. Przez to finansowe wsparcie miasto mówiło nam, że robimy dobrą robotę na którą jest zapotrzebowanie społeczne i że jest to ważny temat. W latach 2005-2009 wsparcie miasta dla naszej fundacji wzrosło z 5,5 tys. zł do poziomu prawie 1 mln zł. To był lawinowy wzrost. W szczytowym momencie zatrudnialiśmy 100 osób rocznie. Przeprowadzaliśmy wówczas masę pionierskich działań. Zorganizowaliśmy plenerową scenę koncertową, z niezwykłą scenografią w postaci setek świec i nadwiślańskiej przyrody. Robiliśmy w tym miejsc przedstawienia teatralne, tańce na dechach, pływanie łodziami po porcie, po Wiśle. Nasza łódka jako pierwsza przewoziła pasażerów na drugą stronę. Dopiero rok później miasto wypuściło prom. Przez trzy lata byliśmy też pierwszą nadwiślańską plażą. Kupiliśmy leżaki, zorganizowaliśmy przestrzeń dla dzieciaków…

Mam takie doświadczenie z plażą pod mostem Poniatowskim, że tam jest masa ludzi, ale też straszny syf – więcej petów i butelek, niż piasku. Mało więc tam przestrzeni dla dzieciaków. U was to wyglądało inaczej?

Stan plaży pod mostem Poniatowskim to sprawa urzędu miasta. Jak się wycina krzaki, stawia ławki i robi miejską plażę to trzeba liczyć się z tym, że w to miejsce przyjdą ludzie. I dla tych ludzi trzeba przygotować program. My, organizując swoje działania na barce Herbatnik staraliśmy się zawsze zadbać o przestrzeń wokół nas. Tak zorganizowaliśmy harmonogram działań i tyle osób było przy tym zatrudnionych, że jak matka z dzieckiem o 8 rano pojawiła się na naszej plaży to nie wiedziała nawet, że wcześniej był tam jakiś koncert. Bo wszystko było wysprzątane.

zawadowskie Marta Hoffmann

Wyspy Zawadowskie. Fot. Marta Hoffmann

Mimo początkowego wsparcia, wasze drogi z urzędem miasta się rozeszły…

To nie jest prawda, że fundacja jest w konflikcie z urzędem miasta. Poróżniliśmy się z pełnomocnikiem ds. Wisły, a to jeden maleńki wydział w tym całym organizmie. Za to konflikt cały czas trwa i nie mamy zbyt dużych szans, żeby go wygrać. Bo urząd miasta to bardzo duża instytucja, a fundacja Ja Wisła oprócz idei i fajnych pomysłów ma jedynie starą, zardzewiałą barkę. Niewielki to majątek. Bez wsparcia miasta nie jesteśmy w stanie prowadzić naszej działalności dalej. Zatem nie ma już koncertów, tańców na dechach, w porcie stoi jeszcze nasza barka, krypta i domek pływający, ale urząd miasta ma taki pomysł, żebyśmy za pobyt w tym miejscu płacili. Albo żebyśmy się stąd całkiem wynieśli.

Dlaczego uparliście się właśnie na to konkretne miejsce?

Bo to miejsce ma swoją historię. W 2006 roku przypłynęliśmy barką Herbatnik na teren dawnej Stoczni Czerniakowskiej. Mało kto o tym wie, że od 1904 do 1972 roku w tym miejscu mieściła się ogromna hala, w której budowano statki. Była tam też pochylnia stoczniowa – czyli taki skośny, brukowany teren, gdzie znajdowały się szyny kolejowe i metalowe wózki, na których stały statki sięgające 60 metrów długości i zabierające na pokład 200-300 pasażerów. To miejsce dla Warszawy szczególne również ze względu na fakt, że podczas Powstania Warszawskiego stocznia była południową granicą obrony Czerniakowa i do 13 września teren ten był broniony przez powstańców w bardzo trudnych warunkach, bo byli oni z trzech stron otoczeni przez Niemców. Ta stocznia przetrwała wojnę, ale zlikwidowano ją w latach 70., kiedy budowano Trasę Łazienkowską. Pojawił się bowiem wówczas pomysł budowy Warszawskiego Portu Turystycznego. Zasypano więc pochylnię stoczniową, z której został tylko niewielki fragment. Na tym fragmencie prowadziliśmy właśnie działania przez szereg lat. W pewnym momencie okazało się jednak, że nie jest to dłużej możliwe.

Proponowano wam przecież inne miejsce?

Tych propozycji było kilka, ale pochylnia była najlepszym miejscem do prowadzenia tego typu działań. Bo woda nie spotyka się tu z lądem stromą ścianą, ale bardzo łagodnym wzniesieniem. Dolinka stanowiła naturalny amfiteatr a barka Herbatnik, która nie nadaje się już do remontu, bo jest stara i zniszczona, posłużyła nam za scenę. Inne, proponowane lokalizacje były niedaleko tego miejsca, ale żadna z nich nie miała kontaktu z wodą. Wszystkie mieściły się na Cyplu Czerniakowskim, za wałem przeciwpowodziowym, więc z punktu widzenia wodniaków to był pomysł abstrakcyjny. To tak, jakby ci ktoś zaproponował parkowanie samochodu na dachu wieżowca.

A płacenie miastu nie wchodzi w grę?

To byłoby dla nas trudne doświadczenie, dlatego że nie prowadzimy działalności gospodarczej, a więc nie generujemy środków, z których można by to sfinansować. W momencie gdy takie fundacje jak Ja Wisła są stawiane na równym poziomie z biznesmenami i dla nich wszystkich jest jeden cennik, to nie ma racji bytu. Bo z definicji wiadomo, kto wygra. To widać już w porcie, gdzie pojawiają się komercyjne obiekty, które za chwilę będą knajpami z piwem. A knajpę z piwem stać na to, żeby zapłacić za dzierżawę właśnie dlatego, że ona zarabia na tym piwie. Fundacji Ja Wisła, która prowadzi działalność kulturalną i edukacyjną, nie będzie na to stać. Scenariusz nie jest zbyt dobry.

DSC05749

Nad Wisłę warto wybrać się rowerem. Fot. Justyna Urbaniak.

Co dalej?

Obecnie szukamy nowej drogi. Nie chcemy się poddawać. Mamy wiele dobrych pomysłów, chcemy sobie postawić nowe cele i iść do przodu. Te rzeczy, o które starała się fundacja Ja Wisła 10 lat temu w większości zostały zrealizowane. To, co można jeszcze dla tej rzeki zrobić to nauczyć ludzi z niej korzystać i bezpiecznie po niej pływać. Gdyby ktoś chciał dziś wynająć sobie barkę czy jacht na Mazurach, wystarczy że wpisze odpowiednie hasło w internecie i wyskoczy mu masa ofert. Dla Wisły nie ma żadnego wyboru. Co najwyższej można po niej popływać kajakiem. Nikt natomiast nie uprawia żeglugi z Warszawy do Płocka czy z Warszawy do Konstancina. Choćby tu przyjechał milioner, gotowy wyłożyć potężną gotówkę za bilet na taki rejs, nie udałoby mu się to, bo nikt tu nie świadczy takich usług. Za wyjątkiem fundacji Ja Wisła, która jest jedynym armatorem posiadającym łodzie zarejestrowane w Urzędzie Żeglugi Śródlądowej i sterników legitymujących się zawodowymi uprawnieniami, którzy do tego Płocka pływają. Oczywiście nie są to rejsy regularne, ale robimy to. Mamy niewielkie, drewniane łódki, które na pokład są w stanie zabrać 12 pasażerów. Jak sobie myślę o tych latach partyzanckich działań, to widzę, że nabrałem wiele kompetencji dotyczących właśnie m.in. poruszania się po Wiśle. Dla przykładu – w 2012 roku była największa historyczna niżówka na rzece. Wszystkie statki stały na kotwicach i żaden z nich nie wypływał. My w tym czasie zrobiliśmy 23 rejsy pomiędzy Kazimierzem Dolnym a Płockiem. Czyli pływaliśmy przez całe Mazowsze.

Jak długo trwa rejs na takiej trasie?

Można oczywiście wypłynąć rano i dopłynąć do Płocka wieczorem. Natomiast ja proponuję rejs, który trwa od 4 do 7 dni. Bo żeby tę Wisłę rzeczywiście skonsumować, trzeba moim zdaniem zmienić nieco technikę jej poznawania. Czyli nie pokonywać 80 km dziennie w pocie zalewającym oczy. Wystarczy płynąć 20 km dziennie i oglądać przyrodę dookoła. Pod tym właśnie kątem organizujemy zwiedzanie Wisły z wody.

Jakiś plan na przyszłość?

Moim marzeniem jest mały stateczek pływający po Wiśle, który będzie mógł zabrać dzieci na wycieczkę do Młocin, na Bielany czy do Wilanowa. Choć oczywiście nie tylko. Żegluga pasażerska i towarowa na Wiśle funkcjonowała od połowy XIX wieku do lat 70. XX wieku. Teraz mamy do czynienia z 40-letnim okresem zapaści. Nawet wielcy armatorzy, którzy mają statki pasażerskie i teoretycznie mogliby takie rejsy wznowić, nie robią tego.

DSC05617

Wisła. Fot. Justyna Urbaniak

Dlaczego?

Może im się to nie opłaca, nie potrafią, a może się czegoś obawiają? Bo Wisła to nie jest łatwy akwen, a w zasadzie Mount Everest, jeśli chodzi o większe jednostki. Kajakiem łatwo ją przepłynąć, bo jak wpłyniesz na mieliznę, to ten kajak możesz po prostu przenieść. A wielotonowy statek – nie bardzo. Dlatego po Wiśle trzeba pływać bardzo ostrożnie i wiedzieć, jak to robić. Ja czuję, że mam tę wiedzę. Ale nie mam statku.

Może zrzutka w ramach jakiegoś serwisu crowdfundingowego?

Tyle że polskie serwisy crowdfundingowe są daleko w tyle za tymi Amerykańskimi. Na Zachodzie studenci są w stanie zebrać ponad milion dolarów na grilla, który przy okazji pieczenia kiełbasek ładuje jeszcze komórkę. Polskie projekty są dużo mniejsze i przeciętnie ich wartość sięga kilkudziesięciu tysięcy złotych. Natomiast sama idea finansowania społecznościowego jest fajna i pokrewna idei współwłasności, gdzie różne dobra luksusowe używane są przez wiele osób, więc to jest droga, która jest mi bliska. Bo skoro zbudowanie statku wiąże się z tak dużymi kosztami, to podzielenie tych kosztów między kilka osób, które na równych zasadach korzystałyby z tego statku, jest jakiś rozwiązaniem. Pamiętajmy, że w XIX wieku, kiedy pionierzy wiślanej żeglugi pływali po tej rzece, która była wówczas kompletnie nieuregulowana, wożono setki tysięcy ludzi z Warszawy. W tamtych czasach na takie rejsy sprzedawano 300 tys. biletów rocznie. I nie chodzi tu o rejsy ze Starówki na Czerniaków, tylko o rejsy z Warszawy do Płocka czy Torunia. Myślę, że wykorzystując te doświadczenia we współczesnej formie, można osiągnąć dużo lepsze parametry techniczne i zbudować społeczność wokół całej tej idei. Taką, która będzie chciała mieć jakiś udział w tym statku i się w to działanie zaangażować. Dziś, kiedy wejdziemy do internetu i poszukamy oferty rejsu statkiem po Wiśle, znajdziemy przede wszystkim rejsy na wieczór kawalerski z ponętną syrenką. To też jest jakaś oferta, ale my jesteśmy w stanie zaproponować dużo więcej. Tak jak robiliśmy to już, pływając na wschód słońca na Bielanach. Albo ucząc dzieci pływać po Wiśle.

Ciekawy pomysł.

Sześcioletnie dziewczynki, wbrew wszelkim stereotypom, mogą kierować kółkiem sterowym i nauczyć się, że łódka słucha ich komend. To dla nich wartościowa nauka, bo nawet jeśli boją się przepłynąć pod mostem to są w stanie przełamać własny lęk. Taka edukacja na wodzie jest bardzo ważna. Dziecko nabiera kompetencji przywódczych, bo kiedy dowodzi, to od jego decyzji zależy naprawdę wiele, np. bezpieczeństwo.

Czy w ofercie fundacji Ja Wisła jest jeszcze coś, co mogłoby mnie zainteresować?

Obecnie skupiamy się na działaniach związanych z prowadzeniem wycieczek wokół Wisły, w maju startują już rejsy po rzece. Poza tym cały czas organizujemy lekcje dla dzieci i wykłady dla Uniwersytetu Trzeciego Wieku, a także wolontariat pracowniczy. W zeszłym roku wraz z RWE, Lafarge Cement i Booking.com wysprzątaliśmy pół Jeziorka Czerniakowskiego. To też są takie działania, które mają duże znaczenie dla lokalnej społeczności. I to trochę inwestycja w przyszłość, bo jeśli od najmłodszych lat zaczniemy pracować nad świadomością tego, czym jest rzeka w mieście i jak można z niej korzystać, to po latach będziemy, mam nadzieję, zbierać tego owoce. Wierzę, że tak właśnie będzie.

  • Aqq

    W komentarzach widać niestety, że wartościowy pomysł zawsze przegra z piwem…