DSC_5346ttt

Wojciech Dąbrowski: To mi w duszy gra

09.04.2015

Tagi: gitara, muzyka, śpiew,

Muzyką interesował się od dziecka. Choć zawodowo wciąż realizuje się w szkole, to nigdy nie mogło mu brakować czasu na pasję – muzykę. Po występie w jednym z telewizyjnych programów muzyką zajął się na dobre. Dziś nie dość, że śpiewa, to jeszcze jest organizatorem jednego z większych ogólnopolskich festiwali muzycznych w kraju.

Łukasz Pastor: Skąd wzięły się u Pana zainteresowania muzyczne?     

Wojciech Dąbrowski: Miałem je chyba od zawsze. Mama była aktorką, więc wychowywałem się w jednym z krakowskich teatrów, bo to właśnie w Krakowie spędziłem dzieciństwo. Od dziecka obracałem się w towarzystwie artystów, aktorów, muzyków, czy piosenkarzy. A w domu mama włączała mi radio, gdzie w latach 50-tych były audycje dla dzieci Bronisława Rutkowskiego. Potem śpiewałem w chórze chłopięcym, następnie w harcerstwie – z gitarą, przy ognisku. Swego czasu sam zacząłem komponować, pisać. Taka forma działalności przewijała się przez całe moje życie i towarzyszy mi cały czas. W szkołach, w których uczyłem matematyki, na przerwach uczniowie zbiegali się do sali. Puszczałem im płyty z adaptera Bambino. Zainteresowania muzyczne miałem zawsze, a potem jako nauczyciel hobbystycznie sobie podśpiewywałem oraz robiłem kabarety.

W Pana karierze pojawił się moment zwrotny.

Krok następny to już lata dziewięćdziesiąte, czyli „Szansa na sukces” z 1996 roku. Wziąłem w niej udział dlatego, że moi uczniowie bardzo mnie zmotywowali. Pomogli mi zdobyć melodie Edyty Bartosiewicz, której piosenki mieli śpiewać uczestnicy. Chodziłem se słuchawkami na uszach, śpiewałem w kółko, aż w końcu wziąłem udział. Wystąpiłem nawet w finale w Sali Kongresowej i to uruchomiło działania na szerszą skalę. Potem zacząłem robić spotkania z piosenką w Krakowie, potem robiłem to w Warszawie przez wiele lat, a równocześnie od 2004 roku organizuję Ogólnopolski Festiwal Piosenki Retro im. Mieczysława Fogga.

Jak doszło do narodzenia się festiwalu?

Zaczęło się to w 2001 roku, czyli w setną rocznicę urodzin artysty. Zorganizowałem koncert „Dawnych wspomnień czar”. Zaprosiłem rodzinę Foggów – wówczas jeszcze żył syn Mieczysława – Andrzej. Zaprosiłem również innych członków jego rodziny. Wspólnie rozmawialiśmy o magii tamtych lat i od słowa do słowa wymyśliliśmy, że można zorganizować jakąś większą formę i w taki sposób narodził się festiwal. Wydarzenie obejmuje wiele form: koncerty, filmy, płyty, książki i wszystko, co wiąże się z XX-leciem międzywojennym. Staram się to popularyzować, mam „bzika” na tym punkcie. Sam śpiewam i lansuję wszystko, co z tym okresem związane. A w festiwalu biorą udział przeróżni artyści – od gwiazd estrady z górnej półki, a kończąc na młodych ludziach, którym się to też podoba.

To kawał dobrej muzyki. I tak np. jeden ze słynniejszych twórców XX-lecia – Henryk Wars – był supernowoczesny jak na tamte lata. Mimo że melodie filmowe powstawały osiemdziesiąt lat temu, to brzmią współcześnie, bo miał świetne ucho i nowoczesne podejście do muzyki. Ale wszystkie przedwojenne orkiestry, w tym Artura Golda, czy Jerzego Petersburskiego, a także inne, były popularne i świetnie się rozwijały. Pewnie gdyby nie wojna, bylibyśmy potentatami w zakresie muzyki rozrywkowej.

Skąd u Pana zamiłowanie do tego właśnie okresu?

Muzykę dawnych lat odkryłem dzięki Sławie Przybylskiej, bo w 1958 roku Przybylska wydała płytę z zespołem Jerzego Abratowskiego „Stare niezapomniane piosenki”. Wtedy oszalałem na punkcie piosenek przedwojennych. W szkole wówczas śpiewało się utwory typu „Budujemy nową Polskę”. Dopiero po wydaniu tej płyty mama i ojciec zaczęli cokolwiek opowiadać mi na temat swojego dzieciństwa i młodości. Wcześniej nie mówili prawdopodobnie dlatego, że dziadek zginął w Katyniu. Rodzice nie chcieli o tym opowiadać, więc żadnej dziedziny ich życia sprzed wojny nie znałem. Ta płyta pozwoliła mi odkryć tę piękną muzykę i wtedy oczywiście od mamy i ojca dużo na temat tego pięknego okresu w historii muzyki słyszałem. Od tamtego czasu zbieram absolutnie wszystko, co się na ten temat ukazuje – płyty, książki, wspomnienia, oglądam filmy, gromadzę wszystko, a sam w repertuarze mam ponad 300 piosenek. Ten festiwal, który rokrocznie organizuję, to naturalna kolej rzeczy. To zamiłowanie trwa już od pół wieku. Mam ogromne zbiory. Gdy tylko cokolwiek się pojawi na ten temat, to ja to od razu mam.

W Pana repertuarze są jednak też utwory późniejsze.

Nie ograniczam się tylko do XX-lecia, bo zajmuję się polską piosenką XX wieku, w tym piosenkami lat 50, 60 i 70. Moje spotkania z piosenką dotyczą gwiazdozbioru polskiej piosenki XX wieku, a cezurą jest dla mnie jest koniec XX wieku. Nie zabieram się za popularyzację piosenek XXI wieku, co nie zmienia faktu, że nie stronę też od młodzieży i staram się być na bieżąco z tym, co aktualnie jest grane.

Wróćmy jeszcze na chwilę do festiwalu. Wydarzenie, które Pan zapoczątkował, to już w tej chwilo impreza ogólnopolska.

Monitoruję to, co się dzieje w kraju w kwestii muzyki retro z Warszawy, a festiwal jest zdecydowanie ogólnopolski. Imprezy odbywają się wszędzie, gdzie odbywa się cokolwiek w związku z retro. Wymyśliłem Złote Liście Retro – swoistą nagrodę, którą w ramach festiwalu przyznajemy za popularyzację XX-lecia. Trafiają one w ręce piosenkarzy, artystów, teatrów, domów kultury i organizatorów. Do projektu włącza się coraz więcej ludzi. W tym roku festiwal zorganizujemy we wrześniu, by nawiązać do 25 rocznicy śmierci Mieczysława Fogga. Nakłaniam tych wszystkich, którzy mają cokolwiek wspólnego z muzyką retro, aby ją popularyzować i całkiem dobrze mi to idzie. Rokrocznie udaje mi się nakłonić różne instytucje i łącznie odbywa się około 50 imprez – głównie w Warszawie i w Krakowie. Jednym tchem mogę wymienić kilkadziesiąt miejsc, gdzie wydarzenia związane z festiwalem się odbywają.

Ma pan przedwojenne płyty?

Mam przeróżne, ale nie mam na czym ich słuchać, bo wszelką muzykę mam już w nowoczesnym formacie. Ale mam też kilka swoich skarbów, które czekają. Być może jeszcze kiedyś będę miał je jak odtwarzać. Zresztą kawałek mojego życia to właśnie płyty analogowe. Dopiero później pojawiły się kasety, a następnie płyty kompaktowe. I w tej dziedzinie jetem świadkiem niesamowitego postępu i zmiany.

DSC_5364ttt

Wojciech Dąbrowski ze swoją najnowszą książką. Fot. Twarze Warszawy

Jak czuje się Pan na scenie?

Wychowałem się w teatrze, więc w środowisku poruszałem się swobodnie. Uważam, że sama praca w szkole to praca z najbardziej wymagającą widownią. Nauczyciel jest aktorem, a musi być i reżyserem. Mam wrażenie, że doświadczenie odbioru i konfrontacja z publicznością, jaką są dzieci i młodzież, spowodowały, że widownia mnie kompletnie nie peszy. Nie ma to znaczenia w tym momencie. Lubię spotkania, lubię, że ludziom się to podoba, że wspólnie śpiewają, przeżywają. To tak cudowne chwile, dla których warto to robić.

Czy w Warszawie są Pana zdaniem miejsca, które kojarzą się z muzyką przedwojenną?

Trochę brakuje takich klimatycznych miejsc. Łatwiej o to jest w Krakowie. W Warszawie Michał Fogg próbował reaktywować Café Fogg na Niecałej, ale niestety mu się to przedsięwzięcie nie powiodło i musiał z tego zrezygnować. Próbuję wspomagać kawiarnię Retrospekcja na Bednarskiej. Są tam tzw. Retrowtorki. Jest też na Pradze kawiarenka Banda inteligentów, która próbuje wskrzeszać dawny klimat. Są więc takie miejsca, ale myślę, że Warszawa coś w tym temacie zaprzepaściła. Było swego czasu takie miejsce na rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej, gdzie przed wojną występowały przeróżne teatry, a po wojnie odbywał się Podwieczorek przy mikrofonie. Trochę to zostało zaprzepaszczone, a szkoda…

Dlaczego warto przypominać ludziom o dawnej muzyce?

Zawsze tworzono dzieła wybitne i mniej wybitne. I dziś też tak jest. Dziś również są piosenki, które będą hitami. I to samo jest z piosenkami i utworami z tamtych lat. Było mnóstwo słabych utworów, które nie przetrwały próby czasu, ale te bardziej wartościowe będą nieśmiertelne, bo niosą wartości, które są ponadczasowe. Oczywiście zmienia się sposób interpretacji utworów. Dzięki temu, że młodzi artyści nie naśladują przedwojennych artystów, śpiewane piosenki z przeszłości okazują się na wskroś nowoczesne. Czasem jeśli nie powie się komuś, że to utwór sprzed wojny, to można w ogóle nie zauważyć, że to piosenka z dawnych lat.