SONY DSC

Zielone piekło drapieżnej Papui

16.03.2015

Tagi: Azja, podróż, podróżowanie, turystyka,

Papua to jego miejsce na Ziemi. Wraz z żoną Anią przemierza dziką papuańską dżunglę, by udokumentować świat, który odchodzi już w niepamięć. Zastępuje go turystyczna maskarada, która nijak ma się do tamtejszej rzeczywistości. Jaka jest Papua? O tym rozmawiamy z Jakubem Urbańskim, najbardziej znanym w Polsce papuaskim ekspertem, na co dzień mieszkającym na warszawskim Grochowie.

Jak to się stało, że trafiło na Papuę?

Jakub Urbański: Przez kilka lat jeździliśmy głównie po Azji Południowo-Wschodniej. Podczas zupełnie przypadkowej wizyty w Indonezji stwierdziliśmy, że jesteśmy już tak blisko legendarnej Papui, że szkoda byłoby teraz z tego nie skorzystać i tam po prostu nie pojechać. Pierwsza nasza wyprawa na Nową Gwineę trwała zaledwie tydzień, ale wyspa kompletnie nas urzekła. Krajobrazy też, choć przede wszystkim tamtejsi ludzie. Papua jest miejscem bardzo nieprzyjaznym człowiekowi, panuje tam koszmarny klimat, na południu i północy są bagna, gdzie grasują roje malarycznych komarów. Nie ma warunków do uprawiania ziemi, więc ludzie z nizin żyją głównie dzięki temu, co upolują, lub co uda im się zebrać. W górach z kolei w dzień  jest bardzo gorąco, w nocy natomiast – zimno. Tam też nie za bardzo jest co uprawiać, więc ci ludzie poświęcają całe życie na obróbce ziemi, żeby wyżywić siebie, swoją rodzinę, czasami też parę świń, które są tam dobrem najwyższym, świadczącym o statusie społecznym. Średnia wieku Papuasów to nieco ponad 30 lat. Kiedy czytam entuzjastyczne opisy o powrocie do natury, które przedstawia się w naszych kolorowych magazynach, pisane z perspektywy człowieka który siedzi przed szerokopasmowym internetem i ma wszystkie wygody w zasięgu ręki, to widzę, jak to bardzo odbiega od tego, co faktycznie znaczy bycie blisko przyrody. Papua jest dobitnym przykładem tego, że to życie blisko natury to tak naprawdę permanentna walka z naturą o przetrwanie. Choć oczywiście coraz więcej się tam zmienia. Do Papui jeździmy od 2005 roku i podejrzewam, że przez te ostatnich 10 lat zmieniło się tam więcej, niż przez ostatnie kilka tysiącleci.

Teraz macie dłuższą przerwę w wyprawach. Z czego ona wynika?

Przerwę mamy od 2011 roku i wiąże się ona z tym, że na świat przyszła dwójka naszych dzieci. Podczas ostatniej naszej wyprawy do Papui organizowaliśmy plan filmowy do filmu Krystiana Matyska pt.: „Sekrety miłości”. Jesteśmy dyletantami jeśli chodzi o filmowanie, ale całkiem nieźle nam to poszło. Za tę wyprawę otrzymaliśmy zresztą wyróżnienie w Kolosach za 2011 rok. To był jednak nasz ostatni wyjazd, od którego minęły już cztery lata. Przez ten czas bardzo dużo czytaliśmy i robiliśmy wiele rzeczy związanych z przygotowaniami do kolejnych wypraw. Bo to nie jest tak, że odpuszczamy.

Czytałam że macie potężny zbiór literatury na temat Papui.

Zbieramy praktycznie wszystko co się ukazuje, w Polsce oczywiście niewiele. Wychodzimy z założenia, że aby wyciągnąć z tej podróży jak najwięcej, trzeba się do nich dobrze przygotować. Tak naprawdę Papua jest bardzo atrakcyjna wizualnie i wszystkie plemiona tam żyjące, są niesamowicie kolorowe. Panuje pełna egzotyka, więc ktoś kto tam pojedzie od tak, na pewno wróci zachwycony. Ale nam to nie wystarcza. Chcemy wejść w to głębiej żeby zobaczyć coś, czego przeciętny turysta nie zobaczy. A tych przeciętnych turystów dociera tam i tak niewiele, bo to około 2-3 tys. osób rocznie. Przy czym 90 proc. z nich zalicza kilka stałych punktów programu, nie bardzo wysilając się, by zejść z ubitego szlaku i odkryć prawdziwą Papuę, która ze naszą rzeczywistością niewiele ma wspólnego. Z tą przedstawioną dla masowej turystyki, też nie bardzo.

SONY DSC

Gospodarz ceremonii na terenach grupy Korowai Batu w szałasie ceremonialnym. (2011). Fot. papua.com.pl

Na wyprawę do Papui można się wybrać również z wami. Tyle, że koszt takiej wycieczki to 30 tys. zł. Dlaczego tak drogo?

Te wyjazdy są drogie, bo Papua nie ma praktycznie żadnej infrastruktury, czy to komunikacyjnej czy nawet turystycznej. Zatem na miejscu całe zaopatrzenie trzeba nosić ze sobą. Kiedy jechaliśmy do Papui z ekipą filmową, musieliśmy wynająć tragarzy. Do tego dochodzi przewodnik, który zna teren, ludzi i miejsca, do których idziemy. Bo czasami przełamanie lodów i wejście w kontakt z lokalną społecznością nie jest proste i wymaga czasu. Przewodnik pomaga ten czas skrócić. Dodatkowo dochodzą jeszcze tłumacze, więc nawet jeśli jedziemy do Papui tylko z żoną, to standardowo towarzyszy nam 5-6 miejscowych. W całej Melanezji rdzennych Melazejczyków jest około 10 mln i ci ludzie posługują się ponad tysiącem języków. Czasem wystarczy pokonać jakąś trudną barierę geograficzną, jak duża góra czy szeroka rzeka, by po jej drugiej stronie spotkać zupełnie innych ludzi. To jest coś, co nas niezwykle w Papui fascynuje – ta różnorodność tradycji i kultur. Mieliśmy do tej pory styczność z ponad 20 plemionami, a jest ich w samej indonezyjskiej części blisko 300. Po siedmiu wizytach w Papui jesteśmy w stanie zauważyć, że ktoś jest z innego plemienia, po tym jak mówi, jak się ubiera, czy jak ma rzeźbione końcówki strzał. Poza tym ci ludzie bardzo różnią się wyglądem, więc bez większego problemu można odróżnić mieszkańca gór od mieszkańca wschodu, zachodu czy bagiennego południa. To, że tak dobrze rozpoznajemy dane plemiona pomaga nam w nawiązywaniu z tymi ludźmi kontaktu. Oni widzą, że jesteśmy żywo zainteresowani ich kulturą i obyczajowością. Że nasze zainteresowanie nie jest powierzchowne i nie sprowadza się do niezdrowej ekscytacji tym, że ktoś chodzi nago czy owija swoje przyrodzenie w liść. Ci ludzie po kilkunastu dniach oswajania się z nami zaczynają pokazywać nam swoje życie, choć wiemy, że jest jeszcze taki świat magii, czarów i duchów, który jest im bliski, a do którego czasem wciąż nie jesteśmy w stanie dotrzeć. I to jest ten metafizyczny świat wierzeń papuaskich, który nas niesamowicie pociąga. To ostoja tej kultury, w której misjonarze zrobili straszliwe spustoszenie.

Czy to nie jest tak, że mimo wszystko, jak pojawiasz się w takim plemieniu, to tę kulturę trochę swoją obecnością zniekształcasz?

Co ciekawe, ci ludzie poznają też naszą kulturę przez pryzmat kilku osób z którymi miały do tej pory kontakt. Czasami można rozpoznać, że ktoś przed nami już tu był, bo tubylcy wówczas starają się wyjść naprzeciw swojemu wyobrażeniu o naszych oczekiwaniach. Wydaje im się, że jak do nich przychodzimy to dlatego, że chcemy zobaczyć, jak oni zabijają świnię. Więc czasem na siłę starają się nam to pokazać. Wymaga to czasu, ale to co staramy się zrobić, to być dyskretnymi obserwatorami, którzy płynnie wchodzą w ich życie codzienne. Choć to oczywiste, że nasza wizyta zaburza ich porządek życia, choćby jeśli chodzi o prace związane ze zdobywaniem jedzenia. Rekompensujemy im to i odwdzięczamy za to, że możemy z nimi być, przynosząc im zawsze coś ze sobą, np. worek ryżu. Papuasi traktują nas tam jak swoich. I to jest super.

Jak to się robi?

Cierpliwością. Kluczem do tego jest szacunek dla tych ludzi i ich odmienności, która wychodzi w każdym calu, bo oni ze względu na to gdzie żyją, jak żyją i czym się zajmują, są zupełnie inni od nas. Mam tam wiele osób, które bez zawahania nazwałbym przyjaciółmi. Czasem sprawdzaliśmy się w takich sytuacjach, w których moi przyjaciele w Polsce nigdy nie mieli okazji się sprawdzić, bo rzeczywiście Papua ze względu na nieokiełznaną przyrodę jest takim miejscem, w którym człowiek ociera się o śmierć.

Otarłeś się w Papui o śmierć?

Mieliśmy kilka takich przypadków związanych z przyrodą, zaczynając od pomostów wiszących nad rwącą rzeką, od których odpadają poszczególne belki. Tam przyroda jest faktycznie bardzo drapieżna. Ktoś kiedyś powiedział, że papuańska dżungla to zielone piekło i faktycznie tak jest. Są tam owady które mogą być jadowite i niebezpieczne. Papua pogroziła mi w pewnym momencie palcem, kiedy wróciłem do polski z malarią i spędziłem trochę czasu w szpitalu zakaźnym. Mimo że bardzo restrykcyjnie przestrzegamy profilaktyki okazało się, że trafiliśmy na malarię która była odporna. Ludzie tam na miejscu nie bez powodu żyją tak krótko. W 2009 roku przylecieliśmy do Papui samolotem rejsowym, który przywiózł naszą grupę, potem nasze bagaże i w drodze powrotnej do jednego z miast w sercu gór – spadł. Mam pełną świadomość tego, że każda taka podróż do Papui, zwłaszcza kiedy wyruszamy na trekking do dżungli, to jest ocieranie się o takie sytuacje, kiedy można już stamtąd po prostu nie wrócić.

SONY DSC

Dolina Baliem. Okolice Kurulu. (2009). Fot. papua.com.pl

Wasza najnowsza wyprawa to przecieranie nowego szlaku?

To nie jest tak, że nikt tam nie chodzi i będziemy przedzierać się z maczetą przez dżunglę. Bo to nie jest ten poziom eksploracji. Chyba największym problemem tegorocznej wyprawy będzie to, że będziemy się z tragarzami przedzierać przez tereny kilu plemion, w związku z czym przy granicach będziemy musieli rekrutować nowych tragarzy. Bo między tymi ludźmi cały czas trwają jakieś wojny plemienne. Czasem to przypomina ustawkę kibiców, ktoś kogoś uderzy, ktoś czymś rzuci i kogoś zwymyśla, ale czasami robi się gorąco. Mieliśmy okazję znaleźć się w środku potyczki plemiennej w 2011 roku, w miejscu, w którym pracowaliśmy nad filmem i odbywała się właśnie bardzo pokojowa ceremonia. Ale później się okazało, ze nasi gospodarze ukradli swoim przeciwnikom larwy żuków, które miały być głównym posiłkiem tej ceremonii. Więc wszyscy sobie siedzieli, jedli i śpiewali, aż w pewnym momencie na nasz szałas posypał się grad strzał. Kiedy zobaczyliśmy, że na twarzach tych ludzi, z którymi chwilę wcześniej biesiadowaliśmy, pojawił się nagle dziki wyraz, zaczęliśmy się bać. Odpowiedzieli strzałami, ta wymiana trwała kilkanaście minut, byliśmy zdezorientowani i czuliśmy się nieswojo. Wtedy też zaczęliśmy się zastanawiać, czy przypadkiem nie weszliśmy do świata, do którego nie powinniśmy byli wchodzić. Ale z drugiej strony jak nie my, to ktoś inny. A my wiemy, że potrafimy to zrobić dyskretnie i tak, żeby jak najmniej szkody przynieść miejscowym, a z drugiej strony żeby jak największą część tego świata udokumentować. Bo te kultury umierają, ci ludzie tracą swoją tożsamość, stają się produktem, co jest absolutnie na rękę Indonezyjczykom. I stają się zagubieni. Nie zostaje nic poza ich własną nędzą. Ten świat który do tej pory tłumaczył im jakoś tę rzeczywistość, raz na zawsze przestaje istnieć. A to są naprawdę fascynujące światy, wierzenia i opowieści. My nie jeździmy tam wyłącznie dla własnej przyjemności, która czasami wcale nie jest przyjemnością, bo są przyjemniejsze rzeczy niż marsz przez kilkanaście dni po uda w wodzie, w zalanej dżungli. Oczywiście super jest się sprawdzić w takich warunkach i przekonać, że możemy liczyć na pomoc miejscowych, że oni będą naszymi przyjaciółmi i będą nas wspierali. Ale z drugiej strony to jednak słaby wypoczynek.

Więc czemu nie hotel w Egipcie?

Oczywiście fajnie jest coś takiego zrobić, ale w pewnym momencie dochodzisz do tego, że to nie ma większego znaczenia czy ten hotel jest w Egipcie, Tajlandii czy na Sri Lance, bo tak naprawdę one wszystkie wyglądają tak samo i funkcjonują tak samo. Tam nie poznajesz świata. Dużo fajniej jest już pojechać na wieś na Podlasie, popatrzeć na las i łąki, niż siedzieć w hotelu pełnym ludzi, którzy w ogóle nie interesują się tym, co jest za płotem. To nie jest dla nas. My z naszych wyjazdów wynosimy dużo więcej. I nie chodzi tu tylko o zdjęcia, wspomnienia, ale też przedmioty materialne. Przywozimy eksponaty, które można podziwiać w m.in. w muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie. Nasza prywatna kolekcja też liczy w tej chwili kilkaset przedmiotów, które mają wartość muzealną. Mamy gigantyczną kolekcję sztuki papuaskiej, jedną z większych w Polsce. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda nam się to pokazać właśnie w muzeum Azji i Pacyfiku, przy okazji wystawy poświęconej plemionom Korowai i Asmat.

Jak się zmienia optyka przy takich wyjazdach, jak się zostaje rodzicem?

Zmienia się i to jest powód dla którego przez ostatnie 4 lata nas w Papui nie było. Życie jest sztuką kompromisów, a z drugiej strony mamy szalone pomysły jeśli chodzi o wyjazdy, które trochę poskromiła odpowiedzialność za drugiego. Póki człowiek odpowiada tylko za siebie i nie ma dzieci, które czekają na powrót, może sobie pozwolić na więcej. Teraz nasza skłonność do podejmowania ryzyka zmalała. Ale z drugiej strony wychodzę z założenia, że przechodząc na drugą stronę ulicy w Warszawie mogę zostać zabity przez pijanego kierowcę, czy napadnięty przez dresiarza. Gdy ktoś pyta, czy nie boję się jeździć do Papui odpowiadam zawsze, że znacznie bardziej boję się jeździć autobusem nocnym w Warszawie. Coś w tym jest. Bo w dzikiej dżungli to wszystko jest z jednej strony nieprzewidywalne, a z drugiej człowiek podświadomie się tego spodziewa, w związku z czym jest dużo bardziej ostrożny. Przez jakiś czas na pewno nie będziemy podróżować tak bardzo ekstremalnie, jak byśmy mogli i chcieli. Jak dzieci nam dorosną i staną się samodzielne to zostanie nam jeszcze parę lat życia, żeby wszystko nadrobić.

SONY DSC

Kobieta z plemienia Dani, Kurulu. (2010). Fot. papua.com.pl

Jak zabieracie ze sobą turystów, to pokazujecie im prawdziwą, dziką Papuę?

Tak, dlatego wyjazdy z nami bardzo różnią się od takich tradycyjnych. I jeżeli jedziemy do wioski do której jeżdżą wszyscy, gdzie odbywa się bardzo spektakularne show etnograficzne, to my informujemy ludzi, którzy przyjechali z nami, że to jest maskarada. Staramy się też pokazać na tym karykaturalnym przykładzie, do jakich wynaturzeń może prowadzić przemysł turystyczny. Ci miejscowi wychodzą naprzeciw oczekiwań przyjezdnych, są w stanie doskonale wyczuć koniunkturę i czasami robią rzeczy, których normalnie nigdy by nie zrobili. My zawsze pokazujemy coś, co jest autentyczne. Człowiek który jest ubrany w stary t-shirt może być bardziej fascynujący niż grupa przebierańców pomalowanych pastą do zębów, czy pastą do butów.

Czego uczy Papua?

Pokory. I tego, że jesteśmy różni. Że dla nas rzeczy całkowicie nieakceptowalne, dla kogoś innego mogą być integralną częścią życia i kultury, co wymyka się prostym kategoryzacjom. Jak na przykład kanibalizm czy zabijanie. W Papui można zrozumieć, z czego to wynika. I nie jesteśmy w stanie ocenić tego w kategoriach naszej moralności. Bo tam człowiek uczy się, że śmierć jest integralną częścią życia i że tego nie trzeba się obawiać. Tamta kultura mówi o tym, że żyjemy w świecie, w którym równolegle funkcjonują też zmarli. Te światy się przenikają i to jest w zasadzie jedna rzeczywistość, którą czasem jesteśmy w stanie zobaczyć, a czasem nie. To dla mnie bardzo dziwne, gdyż ja na to patrzę z perspektywy skrajnego racjonalisty i agnostyka. Tam nie jestem w stanie tego wyjaśnić i w pełni to akceptuję. Wierzę, że ci ludzie rzeczywiście to czują, widzą i że są w stanie funkcjonować z duchami. To jedyne miejsce na Ziemi gdzie jestem w stanie wyczuć, że jest coś, czego ja nie mogę dostrzec. A ci ludzie czerpią z tego garściami i to coś jest im niezbędne do funkcjonowania.

A jak by ci córka powiedziała w wieku 18 lat, że jedzie na taką wyprawę?

To bym się cieszył. Mamy taki plan że zabierzemy dzieci do Papui, ale wtedy, kiedy będą w takim wieku, że będą w stanie z tego skorzystać i nie będzie to dla nich podążanie za fanaberiami rodziców. Wszystko wskazuje na to, że nasze dzieci będą szły w tę stronę, bo ta Papua jest w nas i myślę, że każde dziecko chciałoby dotknąć czegoś, co jest tak ważne dla jego rodziców. Nasze dzieci mają kontakt z Papuą na co dzień choćby przez to, że całe mieszkanie mamy zawalone rzeźbami papuaskimi, tarczami wojennymi czy strzałami i to jest dla nich coś zupełnie naturalnego. Myślę, że kiedyś będą chciały tam z nami pojechać, ale czy to ich wciągnie – zależy już tylko od nich.

Każdy może podróżować?

Każdy na swój sposób. Bo można również znajdować swoje egzotyczne miejsca pięć kilometrów od własnego domu. To wyłącznie kwestia patrzenia na rzeczywistość. Wśród naszych znajomych jest parę osób, które żałują, że za tą potrzebą odkrywania świata w pewnym momencie nie poszły a im człowiek jest starszy tym jest mu trudniej, bo ma więcej zobowiązań wobec świata. To najczęściej praca, rodzina, dzieci… Nam rodzina akurat nie przeszkodziła, bo z dwójką malutkich dzieci pojechaliśmy już do Tajlandii. Z dwuletnią córką zjechaliśmy całą Namibię samochodem terenowym i świetnie się razem bawiliśmy. Moim zdaniem ludzie którzy nie podróżują to ludzie, którzy szukają wymówek, które zdecydowanie bardziej usprawiedliwiają ich brak odwagi niż tłumaczą świat. To, co będzie się działo ze światem w dużej mierze zależy od nas, tak naprawdę to my mamy na to wpływ. Oczywiście może nas zatrzymać mnóstwo różnych okoliczności. Ale znam ludzi, którzy są w stanie pokonać je, mimo iż mają różne stopnie niepełnosprawności, są bez grosza przy duszy albo rzucili pracę w korporacji, spieniężyli wszystko co się dało i po prostu ruszyli przed siebie. Znam też ludzi którzy są menadżerami, wysoko postawionymi urzędnikami lub znanymi lekarzami, którzy wiedzą, że raz do roku świat będzie się musiał bez nich obejść. I ci ludzie jeżdżą z nami na Papuę. Każdy może zostać podróżnikiem, choćby to miała być zwykła podróż za miasto. Można sobie stworzyć świat w ramach którego będziemy podróżowali. Wystarczy odrobina odwagi i wiary we własne możliwości.


Projekt wyprawy „Kamienne siekiery, uczta z owadów i tatuaż. Szlakiem wymianty z terenów Una do Korowajów.” realizowanej przez bohatera wywiadu, jego żonę Annę Urbanską i Tomasza Madeja z Muzeum Azji i Pacyfiku został zakwalifikowany do finału V Edycji Memoriału Piotra Morawskiego „Miej odwagę” www.miejodwage.pl. Więcej zdjęć i informacji o Papui na stronie www.papua.com.pl.